08.07.2016

Rodzina byłego jeńca, porucznika Alvina Warda Vogtle'a, odwiedziła teren byłego Oflagu XXI-B


We wtorek, 5. lipca, teren byłego Oflagu XXI-B odwiedzili potomkowie Alvina Warda Vogtle’a. Jego syn Alvin Ward Vogtle III; córka Anne Moore Vogtle Baldwin oraz wnuczka Katie Baldwin Kirtley (wraz z małżonkami) przemierzają Europę śladami niewoli ich ojca i dziadka, byłego jeńca wojennego w Szubinie. Następnie skierowali się do Żagania by odwiedzić Muzeum Obozów Jenieckich w miejscu, gdzie znajdował się Stalag Luft III, w którym ich przodek także przebywał i skąd kilkakrotnie podejmował próby ucieczek.


Urodzony w Birmingham, w stanie Alabama, USA, Alvin Ward Vogtle, był porucznikiem i pilotem spitfire’a w czasie II wojny światowej. Służył w dywizjonie walczącym na terenie Algierii w Północnej Afryce i tam w styczniu 1943 r., kiedy to jego lecący na resztkach paliwa samolot rozbił się, dostał się do niewoli. Po spędzeniu 21 dni w Dulagu Luft (obozie tranzytowym dla lotników) w Wetzlar został wysłany do Oflagu XXI-B. Podróż wagonami 3 klasy trwała 3 dni, aż w końcu 4 lutego 1943 r. wraz z grupą 80 amerykańskich i brytyjskich oficerów dotarł do Szubina.  Z szubińskiego obozu w marcu 1943 r. podjął jedną próbę ucieczki, która niestety się nie powiodła. Planował uciec w tym samym czasie, kiedy miała mieć miejsce ucieczka tunelem, prawdopodobnie wraz z uciekinierami Asselina, ale możliwe, że miał też zamiar zgrać się z grupą pracującą nad którymś z innych kopanych w tym samym czasie tuneli - na przykład z grupą uciekinierów pracujących nad tunelem znanym jako Tunel Edge’a drążony równolegle do Tunelu Asselina z sąsiedniego baraku albo Tunel Williamsa, drążony w kierunku południowym z obozowej kuchni.

Na podstawie pamiętnika wojennego swego dziadka Katie Kirtley opisała tę ucieczkę następująco: “Niezwłocznie po przybyciu Vogtle zaczął szukać sposobności do ucieczki z obozu. Wkrótce pozyskał wspólnika w osobie innego Amerykanina, kapitana Jacka Olivera, z którym wspólnie dalej analizowali wszelkie możliwe warianty ucieczki. Odkryli miejsce wzdłuż drutu kolczastego, w którym można się było do niego podczołgać pozostając niewidocznym dla strażnika znajdującego się na wieżyczce w narożniku obozu. Byli także strażnicy, który patrolowali teren obozu wzdłuż zewnętrznej strony ogrodzenia, ale Vogtle i Oliver zwerbowali do pomocy obserwatorów, których zadaniem było stać na czatach i zaalarmować ich gdyby któryś z patrolujących strażników się zbliżał. Zwój drutów był dość gruby w tym miejscu i oszacowali, że przebicie się na drugą stronę zajmie im około 4 dni. Mogli pracować jedynie przez 30 minut w ciągu dnia, między 12:00 a 12:30. Wtedy to teren obozu stawał się wolny od niemieckiego personelu, który właśnie w tym czasie udawał się na posiłek. Postarali się o aprobatę komitetu ucieczkowego dla swojego planu oraz o nożyce do cięcia drutu. Czatujący pomocnicy zostali rozlokowani i operację ku wolności rozpoczęła się . Początkowo podczołgiwali się do drutu pojedynczo, by go ciąć na zmianę, ale zadanie to okazało się na tyle ciężkie, że wkrótce zdecydowali się robić to razem. Przygotowali sobie małe kołki z nacięciem dla podtrzymania zewnętrznego zwoju drutów, który rozciąwszy naciągali za pomocą tychże kołków [tak jak konstrukcję namiotu naciąga się za pomocą śledzi]. Nie była to łatwa praca, ponieważ ich dłonie bardzo marzły z powodu marcowego zimna.”

“Po czterech dniach mieli przecięte wszystkie zwoje do drugiego ogrodzenia z drutu kolczastego. Kołki były opalone na czarno, więc nie były łatwe do zauważenia, ale wąski szlak, który wycięli w zwojach drutu był jednak widoczny, ponieważ kołki podtrzymujące zewnętrzny zwój pozostawały w swoim miejscu odkąd zaczęli pracę. Żeby częściowo zamaskować swoją aktywność w tym miejscu, odkładali na miejsce drut, który przecięli w pierwszym ogrodzeniu z drutu kolczastego. Czwartego dnia, kiedy do końca pozostało im tylko kilka stóp drutu do przecięcia, podjęli decyzję o ucieczce po zmroku. Mieli przygotowane swoje pakunki i już zdążyli pożegnać się ze starszymi brytyjskimi i amerykańskimi oficerami. Jednakże dnia poprzedniego brytyjski oficer ciekł z obozu kryjąc się w wielkiej skrzyni. Skrzynia ta była wywieziona z obozu na ciężarówce zdążającej w kierunki stacji kolejowej i dla pozoru załadowanej także innymi skrzyniami. Oficer wysunął się ze skrzyni, kiedy wóz opuścił obóz i zniknął.”

Wspomniana wyżej próba ucieczki brytyjskiego oficera prawdopodobnie dotyczy ucieczki kapitana lotnictwa A.H. Goulda (pilota RAFu), który 11 marca 1943 r. wydostał się z obozu na ciężarówce. Został złapany, gdy dostrzeżono go na ciężarówce, gdy ta wjeżdżała na lokalną stację kolejową i odprowadzono powrotem do obozu.

“Popołudniem czwartego dnia  –  dnia kiedy Vogtle i Oliver planowali w końcu wydostać się z obozu,  nieobecność brytyjskiego uciekiniera została odkryta przez Niemców. Przez kilka dni podczas apeli jego nieobecność udawało się zatuszować, ale uznano, że czwartego dnia jego nieobecność musi być ujawniona. Czujność Niemców byłaby wówczas uśpiona przez pozorny sukces okrycia kolejnego uciekiniera. Niestety podjęta rutynowo kontrola stanu drutu kolczastego wzdłuż ogrodzenia pozwoliła odkryć wyciętą w jego zwojach drogę do wolności Vogtle’a i Olivera. Próba ta miała miejsce w marcu [12-go] 1943 r.”


W Oflagu XXI-B Alvin Ward Vogtle pozostał do 15 kwietnia 1943 r., kiedy to został przetransportowany do Stalagu Luft III (w Żaganiu). Tam podejmował wiele prób ucieczek. W końcu odzyskał wolność  uciekając z obozu Moosburgu i przedostając się piechotą do Szwajcarii w marcu 1945 r. Po wojnie znalazł zatrudnienie w Alabama Power Company, gdzie przeszedł wszystkie szczeble kariery aż do prezesa i przewodniczącego rady nadzorczej Southern Company, jednego z największych dostarczycieli prądu w USA. Southern Company uhonorowała go nazywając elektrownię jądrową we wschodniej Georgii Elektrownią Alvina Vogtle’a.






Źródła:
  • Informacja przesłana przez Katie Baldwin Kirtley na podstawie Dziennika wojennego Vogtle’a.
  • Artykuł w Wikipedii o Alvinie Vogtle'u: https://en.wikipedia.org/wiki/Alvin_Vogtle.
  • Camp history: Oflag XXIB (Schubin): Air Force personnel Sept 1942 - Apr 1943, The National Archives, Kew, UK (Thanks to Keith Morley).
  • Fotografia porucznika Alvina Warda Vogtle'a z archiwum rodzinnego Vogtle'ów.
© Mariusz Winiecki
Photos by Mariusz Winiecki

05.07.2016

Family members of former American POW, 1st Lt Alvin Ward Vogtle, visited the site of Oflag XXI-B


On Tuesday, July 5th, the former Oflag XXI-B site was visited by descendants of Alvin Ward Vogtle. Vogtle's son, Alvin Ward Vogtle III; daughter, Anne Moore Vogtle Baldwin; and granddaughter, Katie Baldwin Kirtley (+ spouses) came to walk on the same ground, where their ancestor passed many years ago. Their travel through Europe traces the places related with Vogtle’s military service and captivity and from Szubin they have traveled to Żagan to visit the Museum of Allied Prisoners of War Martyrdom (previously Stalag Luft III, Sagan).

Alvin Ward Vogtle, born in Birmingham, Alabama, was a 1st Lt. Spitfire pilot in World War II. In January 1943, while he was in a squadron that ran out of fuel over Algeria (North Africa), his plane crashed and he was captured. After spending 21 days at Dulag Luft (Transit Camp for Air Force) at Wetzlar he was sent to Oflag XXI-B (Schubin). Together with about 80 American and British officers he traveled on third-class cars for about 3 days and finally arrived to Schubin on Feb 4th, 1943. From Oflag XXI-B he had one escape attempt in March '43 – that unfortunately was never enacted. His plan was to go the same month as the tunnelers – supposedly the Asselin Escapers, but possible also those who were simultaneously developing other tunnels known as Edge’s Tunnel and Williams’ (or Cookhouse) Tunnel.

As basing on her grandfather’s journal notes Katie Kirtley wrote: “Upon arrival, Vogtle immediately began looking for ways to escape. He enlisted the help of another American, Captain Jack Oliver, and they began to search the camp for a possible way to escape. They discovered a point in the wire at which it was possible to crawl up to the wire without being seen by the guard in the guardbox at the corner of the wire. There were also guards who strolled along the outside of the wire, but the prisoners developed a system of watchers ("stooges") who would warn them of the approach of the walking guard. The wire was thick at this point so the men estimated that it would take them approximately 4 days to cut through it. They worked only 30 minutes a day, from 12:00 pm-12:30 pm, when the compound was practically free of German personnel because it was their lunch hour. Vogtle and Oliver secured permission (from an escape committee) and wire cutters, the stooges were placed, and they began operations. At first they took turns crawling to the wire and cutting it. Eventually the job got so heavy it took both of them together. They had prepared small notched stakes to support the inner bulky wire, part of which they cut away, and the rest they supported by using the stakes. It was difficult work because it was very chilly so their hands suffered the most.”

The story continues: “After 4 days, they had cut all the way through to the last fence. The stakes had been burnt black so they wouldn't be so noticeable, but the little pathway they had cut through was fairly obvious since they had to leave the stakes supporting the inner coil in place from the minute they had started working. To partially conceal their work, they replaced the little doorway they'd cut in the first wire fence. On the 4th day, they only had a few more feet to cut so they decided to leave that evening. They had prepared their pack and been bidden farewell by the senior British and senior American officers. However, on the day before, a British officer had escaped from camp by means of a large box. This box had been carried from the camp on a wagon, ostensibly bound for the railroad station in the company of several other large boxes. The officer had slipped from the box when the wagon left the camp and disappeared.”  

The above mentioned escape attempt of British officer supposedly refers to the escape attempt of Flying Lt. A.H. Gould (RAF), who on March11th get out of the camp on a truck. He was recaptured as seen as the truck arrived at the local railway station and taken back to the camp.

“The afternoon of the 4th day –  the day Vogtle and Oliver were planning to escape – the absence of the British escapee was discovered by the Germans. The roll call had been covered up several times, but it was felt that his absence must be revealed on the afternoon of the fourth day. The reason for this was that he might have been caught and the Germans would then by on to their game of covering up roll call. They immediately called for a routine check of the wire and discovered Vogtle/Oliver's passageway. This attempt was March
[12th?] 1943”.

In Oflag XXI-B Alvin Ward Vogtle stayed till 15th April 1943, thereon he was transferred to Stalag Luft III (Sagan). While POW he made many escape attempts and ultimately made it to freedom – escaping from Moosburg to Switzerland on foot – in March 1945. After the WWII he was employed at Alabama Power, and rose through the ranks to become President and Chairman of the Board of Southern Company, one of the largest electric utility holding companies in the nation. Southern Company named a nuclear power plant in eastern Georgia the "Alvin W. Vogtle Electric Generating Plant" in his honor.







Sources:
  • Information shared by Katie Baldwin Kirtley on the base of the Vogtle’s War Log.
  • Wikipedia article about Alvin Vogtle: https://en.wikipedia.org/wiki/Alvin_Vogtle.
  • Camp history: Oflag XXIB (Schubin): Air Force personnel Sept 1942 - Apr 1943, The National Archives, Kew, UK (Thanks to Keith Morley).
  • The photograph of 1st Lt Alvin Ward Vogtle courtesy of the Vogtle family.
© Mariusz Winiecki
Photos by Mariusz Winiecki

27.06.2016

The Big Break: The Greatest American WWII POW Escape Story Never Told


The photo used for the book's cover (researched by Laura Hanifin, courtesy of Muzeum Ziemi Szubińskiej) shows POW Camp in Szubin, particularly the building of communal latrine, where the Asselin tunnel had been dug.

‘THE BIG BREAK:
The Greatest WWII Escape Story Never Told’
By Stephen Dando-Collins

Will be published on January 10, 2017 in the USA and UK, and in Australia and New Zealand in May, 2017, by St Martin’s Press of New York.

Zostanie wydana nakładem nowojorskiego wydawnictwa St Martin’s Press: w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii – 10 stycznia 2017 r., w Australii i Nowej Zelandii w maju 2017 r.

Available at: Amazon.com | Amazon.co.uk | Amazon.ca | Amazon.de | Barnes&Noble.com | BookDepository.com | Indigo.ca | Saxo

POLISH LANGUAGE RIGHTS AVAILABLE


Between 1943 and 1945, there were many attempts by Allied Prisoners of War to escape from the Nazi POW camp located at Szubin, German-occupied Poland, culminating in the successful escapes of 250 American officers in January, 1945.

W latach 1943–1945 z nazistowskiego obozu jenieckiego w Szubinie alianccy jeńcy wojenni podejmowali wiele prób ucieczek, wieńcząc te próby udaną ucieczką z niewoli 250 amerykańskich oficerów w styczniu
1945 r. 


For the first time, the full true story of these escapes, and the parts played by brave Poles in helping the escapees, is being brought to the world by ‘prolific military historian’ (US Library Journal) Stephen Dando-Collins, author of 40 books including Caesar’s Legion and several other books about ancient Rome’s legions published in Poland (by Bellona) and in many other countries including the US, UK, Canada, Australia, New Zealand, Spain, Portugal, Italy, Albania, Russia, Brazil and Korea.

Kompletna historia tych ucieczek, podejmowanych przy pomocy dzielnych Polaków (ówczesnych mieszkańców Szubina), po raz pierwszy ujrzy światło dzienne za sprawą ‘płodnego historyka wojskowości’ (US Library Journal), Stephena Dando-Collinsa, autora 40 książek, w tym Legionów Cezara oraz wielu innych pozycji o legionach starożytnego Rzymu, wydanych w Polsce (nakładem wydawnictwa Bellona) oraz w wielu innych krajach, jak: Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Kanada, Australia, Nowa Zelandia, Hiszpania, Portugalia, Włochy, Albania, Rosja, Brazylia czy Korea.

General Eisenhower’s personal aide, General Patton’s son-in-law, and Ernest Hemingway’s eldest son were all POWs involved in this previously untold story of escape from the Nazis.

Wśród jeńców wojennych, którzy uczestniczyli w tej dotychczas nie opisanej w historii ucieczce z
nazistowskiej niewoli można wymienić osobistego asystenta (aide-de-camp) Generała Eisenhowera, zięcia Generała Pattona czy najstarszego syna Ernesta Hemingwaya.


‘The Big Break’ charts the most successful WWII escape by POWs of either side, leaving in the shade the story told in ‘The Great Escape’, the famous book by Paul Brickhill, another Australian, whose biography Dando-Collins has also written.

"The Big Break" opisuje tę najbardziej pomyślną w historii II wojny światowej ucieczkę w wielu aspektach przyćmiewając historię opowiedzianą w "Wielkiej ucieczce", słynnej książce autorstwa innego australijczyka, Paula Brickhilla, którego biografię także napisał Dando-Collins.

Gritty, sometimes very sad, and often darkly humorous, the superby researched and written book traces the fates of colorful American escapees who reached the advancing Russians. It also tells the stories of plucky Poles including Stefania Maludzińska, Alfons Jachalski, Franciszek Lewandowski, and Henryk Szalczyński who aided escape attempts from the camp, with Stefania and Henryk being punished by the Nazis.

Drobiazgowa, czasem bardzo smutna i często z dozą czarnego humoru, znakomicie napisana książka, podąża śladem barwnych losów amerykańskich uciekinierów, którym udało się dotrzeć do zmierzających na zachód Rosjan. Książka wspomina także udział odważnych Polaków, w tym Stefanii Maludzińskiej, Franciszka Lewandowskiego, Henryka Szalczyńskiego oraz Alfonsa Jachalskiego, którzy wspomagali podejmowane próby ucieczek z obozu, a spośród których Stefania oraz Henryk zostali ukarani przez Nazistów zesłaniem do obozów pracy.

Stephen Dando-Collins has worked closely with the families of former POWs and historical researchers in Poland and Germany, including Mariusz Winiecki in Szubin, to chronicle this gripping story of irrepressible Americans determined to be free, brave Poles risking their lives to help them, and dogmatic Nazis determined to stop them.

Stephen Dando-Collins spisując tę porywającą historię pełnych energii Amerykanów, zdeterminowanych by być wolnymi, dzielnych i ryzykujących życiem Polaków, starających się im pomóc, oraz bezkompromisowych nazistów, zdecydowanych by ich powstrzymać, współpracował blisko z rodzinami byłych jeńców oraz historykami w Polsce i Niemczech, włącznie z Mariuszem Winieckim, z zamiłowania badaczem historii obozów jenieckich w Szubinie.

‘So well written, so comprehensive, and so personal for me – I knew many of these men and their
families.’ Elodie Caldwell, daughter of escapee Reid Ellsworth.

‘Tak dobrze napisana i kompleksowa, a zarazem bardzo dla mnie osobista – znałam wielu spośród tych oficerów jak i ich rodziny’. Elodie Caldwell, córka uciekiniera Reida Ellswortha.


© Stephen Dando-Collins
Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki

19.05.2016

About the Kapsa’s printing house where Kricks printed ‘The Item’


During WWII, between November 1943 and January 1945, the American Officers, POWs in Oflag 64, published the camp newspaper named “The Oflag 64 Item”. There were fifteen issues in total, released monthly. In fact there was no issue for January 1944, but in December 1943 the paper was published twice – at the beginning of month and shortly before Christmas. The newspaper usually consisted of four pages, but three times an issue consisting of 6 pages was published – in April, October 1944 and in January 1945, and once – in June 1944 – it had 8 pages. It was the anniversary issue, to emphasize, or rather to celebrate [sic!] the first anniversary of incarceration in Oflag 64. The circulation grew from 250 copies for the first issue to over 1400 for the last issue – each prisoner had his own copy from the beginning to the end.

The Christmas issue, December 1943, printed with green ink (digital copy from Susanna Bolten Connaughton).

***

It was the first Polish printing house founded in Szubin after Poland regained its independence in 1918. In 1920 Józef Kapsa (born in 1892) bought the property at Paderewski Street 7. He settled there with his family, and the outbuildings located in the courtyard were transformed into a printing press and bindery.

After 1850, in the city of Szubin, the German print house and bindery operated, where during Prussian times the following newspapers were printed: “Kreisblatt des Szubiner Kreises” (Official Journal of Szubin County), “Schubiner Kresiblatt” (Szubin County Journal) or “Schubiner Zeitung” (Szubin County Newspaper). After 1919, the last German owner of this print house, Fritz Lach, continued his printing house and printed the newspaper, “Orędownik na powiat szubiński” (The Spokesman for Szubin County) in Polish and German.

 
The headers of “Schubiner Kresiblatt” and “Schubiner Zeitung” (source: Muzeum Ziemi Szubińskiej).

The Kapsa printing house, soon filled with the best printing machines available on the market and a richly equipped typesetting room and bindery, became a very prosperous business, providing services for institutions, as well as for the residents of Szubin County. According to “Dzieje Szubina” (The History of Szubin), the press enjoyed  relatively high readership among the people of Szubin and played an important role in shaping the culture. Since 1925, and until the outbreak of World War II, printing of the Szubin County Newspaper, published in the interwar period under the titles: “Orędownik Urzędowy Powiatu Szubińskiego”, “Orędownik Powiatowy Powiatu Szubińskiego”and “Orędownik Powiatu Szubińskiego” (variations around: The Official Spokesman of the Szubin County) was entrusted to the Józef Kapsa printing press. The paper, which was the official organ of the municipal and the county authorities, was issued twice a week and contained various ordinances, communications, and news from local organizations and associations.

 The headers of “The Spokesman…”, printed by Lach (upper), and printed by Kapsa (lower) (source: Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa).

Invoice form printed in Kapsa’s printhouse (source: Muzeum Ziemi Szubińskiej).

A few days after the outbreak of World War II in Poland (September 1st, 1939), the German Army annexed Szubin. On Tuesday, September 5th, on the main square of Szubin the local Germans welcomed approximately 20 soldiers, who arrived in two cars and several motorcycles. The new Nazi German authorities from the very first days of their tenure began a planned extermination of the Polish population of Szubin County. Since the moment of the creation of the Posen Reich District, (initially called Reichsgau Posen, later The Reichsgau Wartheland), Wielkopolska (The Greater Poland), including Szubin and the Szubin County were incorporated into the territory of the Third Reich.

Nazi German soldiers at the main square Szubin, September 5th, 1939 (source: Muzeum Ziemi Szubińskiej).

In the first weeks of Nazi German occupation, Józef Kapsa was deprived of his print shop like many other homeowners and business owners in Szubin. Expropriation by the Nazis followed by rules “In fünf minute raus” (“Get out in five minutes”). Military police officers would give orders to entire families to leave their premises within a few minutes. Each family could bring no more than 50 kg of luggage, mainly food and personal clothing, and all valuables were confiscated. The evicted residents of Szubin were gathered at the Polish House (Dom Polski) located at the School Street, at which the German occupiers established the temporary displacement camp (Umsiedlungslager) for displaced people. The Kapsa family was divided. Józef’s son Adam (born in 1924), who had begun to apprentice in his father’s printing shop before the war, together with his mother and the rest of the family, managed to escape to their old family homein Wągrowiec (Eichenbrück), while Józef was displaced along with other families from Szubin to the General Governorate. He spent practically the entire five years of WWII in Minsk Mazowiecki trying to secure physical labor of various kinds, for example sweeping the streets.

During the German occupation, the Kapsa printing house had no administrator for some time. Hearing this rumor, the native of Szubin County, whose ancestors came from East Prussia, returned to Szubin. His grandfather, Franz Nicolaus Krix, was born in Grudziądz (Graudenz), while his father, Paul Kriks was born in Bydgoszcz (Bromberg). Paul Kriks, married Maria Magdalena nee Sułkowska and had thirteen children. To the youngest, born in 1907 in Rynarzewo (Netzwalde), they gave the name Willi Richard. Paul Kriks was a chimney sweeper and when he got the position of master in the Szubin railway circle, he moved to Szubin and bought a house on Raatz Street (Raatzstraße, currently Winnica Street).

Willi Kricks attended school in Szubin, and after completing school – as described by his son Rainer – Willi trained in typesetting at the Fritz Lach printing house on Bydgoska Street (Bromberger Straße). This information is inaccurate, inasmuch as according to the German city plan of Szubin (supposedly earlier than the date indicated in the caption), there was the Kapsa printing press (marked with a green spot) on Bydgoska Street, and the Lach printing house in the other place (marked with a red spot). It is not known to the author exactly when the name of Bydgoska Street was changed to Paderewski Street, but might have been in the 1920s.

The city plan of Szubin, dated 1935 according to the source, but supposedly it was the city plan of Szubin before 1919 (source: “Der Kreis Schubin”).

The Kricks family left Szubin in 1927, for political reasons, and settled in Haale/Saale (Germany). Most likely at the same time, the German printer Lach closed his print house and also left Szubin. Willi married in 1935 in Halle/Salle and got the position of Composing Room Manager for the “Die Mitteldeutsche Nationalzeitung” newspaper. In 1940, wanting to be closer to his small fatherland, he successfully applied for the position at a newspaper issued in Poznan. From there he repeatedly visited Szubin. When he learned that the Polish owner (Józef Kapsa) of the printing press at Szubin was expropriated, and the print house needed a financial manager (fiduciary), he decided to apply for the job and return to Szubin. Over time, the opportunity arose to buy the print house from  the German authorities. In the printing house operated under the management of Kricks, a number of Polish workers were employed including a typesetter, a bookbinder, an apprentice, a female helper, and Józef Kluczkowski, who worked as a foreman (overseer) and typesetter and, like Willi Kricks, supposedly apprenticed at the Fritz Lach print shop. Mr. Kluczkowski’s daughter, who helped deliver leaflets, was also at the printing house. At that time, a monthly newspaper, the “Altburgund Heimatbote” (Fatherland messenger from Altburgund), was printed, addressed to German soldiers on the front.

The header of “Altburgunder Heimatbote” (issue from October 1944) printed by Kricks (digital copy obtained from Rainer Kricks).

The photograph of the Evangelical Church in Rynarzewo, 1900/01, taken from the article on the first page of "Altburgunder Heimatbote” (digital copy obtained from Rainer Kricks).

Full issue of “Altburgunder Heimatbote”:
Page 3 upper | Page 3 lower | Page 4 upper | Page 4 lower 

 The post-evangelical church in Rynarzewo (Netzwalde). Currently church of St. Stanislaus, Bishop and Martyr, 2016.

In 1943, Willi Kricks was conscripted into the Wehrmacht, while running the printing was taken over by his wife Anni. As Rainer Kricks emphasized – his father never was a member of NSDAP, though he was naturally a staunch German patriot.

Rainer Kricks at the doors of the printing house; Willi Kricks with his children Rainer and Brigitte in the garden at the backyard of the residential building; photos taken in 1943 (private archive of Rainer Kricks).

Willi was a guard at Oflag 64, and when the Americans learned that he operated the printing house in the town, the idea of printing the camp newspaper was born: “Considering the circumstances, it was hard to imagine why Germans agreed to such a project, and more that “The Oflag 64 Item” was printed in the printing house taken over from the Poles, currently owned by one of the guards of the camp, Willi Kricks”. Frank Diggs, the chief editor of the camp newspaper, years later recalled – “the printing was done by the wife of the guard, (...) and the Polish staff turned out to be very helpful, especially in the typesetting”. In his book “Americans Behind the Barbed Wire”, Diggs wrote: “It [the Item] was printed by Willi Kricks, the same German guard who was operating the print shop in nearby Schubin and who assisted Don Lussenden in setting up the camp bookbindery. With a staff of four Polish printers, Willi did a good job of it too after all the language typos were corrected. Every month I would be escorted by an armed guard to the print shop downtown, usually accompanied by Larry Phelan or Seymour Bolten, a New Yorker who spoke fluent  German.”

As Rainer Kricks recalls: “Since the organization of printing the newspaper required investments, my father was transferred to security personnel [of the camp], in order to organize the purchase of sets of new fonts, and other professional equipment. During the editing of the camp newspaper the experienced professionals among American prisoners of war worked for us as typesetters. Good contacts were established between us. My father was a German patriot, for whom the obvious duty was to engage on the side of his country. This does not mean, however, that there was any improper relation to people or any kind of ill-treatment. His behavior in relation to the Polish associates, as well as to the prisoners of war was characterized by responsibility, reasonableness and a willingness of mutual assistance in the difficult times of war”. This was confirmed in my conversation with the daughter of Józef Kluczkowski who said: “Kricks always treated Poles working for him very well. My father used to repeat this many times”.

“The Americans left their home addresses with my father – said Rainer Kricks – which he could use after the war in case any help was needed. I remember Carl Hansen [1st Lt.  Carl V. Hansen ] – the professor of German philology and Carter [2nd Lt Amon G. Carter Jr.] – the owner of one of the larger newspapers in Fort Worth, Texas. Both [after the war] sent us parcels to the Soviet occupation zone [Deutsche Demokratische Republik] and we have maintained a correspondence”.

In autumn 1944 Kricks started rebuilding the right side of the barn located behind the printing house. In order to expand the printing equipment he also purchased the press of Johannisberger Schnellpresse which – as Rainer mentions – already lacked printing rollers, which were cast in Leipzig. As Rainer Kricks also recalls –  in the typesetting room some fonts for printing the American newspaper were missing, so with the approval of the German authorities he bought more of them at the Bauer Type Foundry in Frankfurt am Main, among them the “Bodoni-Antiqua” typeface known around the world.

On  January 21st, 1945 the American POWs were evacuated to the West. Also on that day, Willi Kricks with his family, like the vast majority of local Germans, left Szubin with a horse-driven cart.

After his return to Szubin in 1945 Józef Kapsa took back his home and found his printing press in surprisingly good condition, so immediately returned to work. He was able to run it as an owner until 1949, when according to the new nationalization law [the process of transforming private assets into public assets by bringing them under the public ownership of a national government or state] introduced by the Communist government, the print shop with all the equipment was taken from him again. He was an established specialist and therefore he was allowed to continue working in the printing house, together with his son Adam, but the state-owned printing facility was established and the managing director was posted by the local authorities (actually several during those years). He kept his home, in which the Kapsa family was allowed to live, although the Communist authorities would not allow them to fully manage it – every now and then sub-tenants were assigned to them or part of the house was assigned for other purposes, such as the separate apartment for a teacher of the nearby school or store.

Marek Kapsa, grandson of Józef, recalled growing up in the environment of this business and even today, after many years, he would be able to recreate the print house as it was from his memory. He also recalled that his grandfather Józef and father Adam were often persecuted by the Communist authorities – for example, they were repeatedly fired. Marek also started training to be a printer, but later worked in the other print shop.

Józef Kapsa retired in 1968 and died soon thereafter in 1970. The printing house, which he founded in Szubin, together with all its pre-war equipment operated until the beginning of the 1970s. In 1974, it was liquidated and the machines were transported to another printing house in Żnin.

Józef Kapsa (from private archive of Marek Kapsa).

After the war Willi Kricks leased a printing house in Beetzendorf/Altmark in Eastern Germany. In June 1950, however, he fled from the Communists to Western Germany. Through the refugee camps in Uelzen, Freiburg/Breisgau and Osthofen he arrived at the Westhofen Worms, which became his new home. Willi Kricks, with his wife Anni, revisited Szubin in the 1970s. They then visited Mr. and Mrs. Kluczkowski and the printing house of Józef Kapsa. Willi died on March 16th, 1988 in Westhofen.

In 1951 his son Rainer began to apprentice as a typesetter. After passing the master exam and after several years of practice in another printshop, he took over his father’s printing house in Westhofen and ran it until it was taken over by his son Volker, a graduate engineer in printing.

The beginning of a free Poland presented a new opportunity for reprivatization [the process of restoring to its former owners properties seized by a government or the process of compensating previously uncompensated former owners], but despite many attempts through the years 1990-2008 to finalize the process of such regulations, Poland remains the only country of the former Soviet bloc, in which this re-privatization has not been carried out. Adam Kapsa (the son of Józef) and his descendants have never received any compensation. He died suddenly in 1992. Thereafter the Kapsa family was able retain the buildings, but never got back the equipment.

The Kapsa family still lives in the same place at Paderewski Street. The buildings which used to be the print shop where “The Oflag 64 Item” was printed, now house the professional recording studio Electric Eye HD and record label Electric Eye Records owned by Kuba Kapsa and his brother Bartek Kapsa, who are great-grandsons of Józef Kapsa, and musicians associated with bands like Something Like Elvis, Contemporary Noise Quintet (Sextet), Kuba Kapsa Ensemble or Tropy.

Buildings of former printing shop of Józef Kapsa, 2016.

***

In searching for the printing machines from the Szubin printhouse, I’ve traveled to Żnin where, after the liquidation of the Kapsa’s printpress, his machines were taken. I believe it is probable that the printing machines from Kapsa’s printshop may be among the collections at the exhibition dedicated to the history of local printing in Muzeum Ziemi Pałuckiej. For example, the machines from the Reform School at Szubin can be found at the exhibition. After WWII, in one of the barracks built by prisoners of war, another printing house operated until 1994. However, no one has actually been able to confirm whether any of the machines located there were in fact taken from the Kapsa printshop.

Looking through accurate pictures of machines collected in the Museum, Rainer Kricks has found that as far as he remembers, the Victoria printing press was certainly equipment of his father’s print shop (or Kapsa’s) in Szubin (“Der Victoria-Tiegel im Vordergrund sowie der Boston-Tiegelstandenwohl in der Druckereimeines Vaters bzw. Bei Kapsa”).









Acknowledgements:

My special thanks to Marek Kapsa, grandson of Józef Kapsa and to Rainer Kricks, son of Willi Kricks, for sharing their time and memories. Thanks to Muzeum Ziemi Pałuckiej for permission to take photos at the exhibition dedicated to the history of printing at Pałuki region and thanks to Muzeum Ziemi Szubińskiej for providing photos for the article. My special thanks also to Elodie and Bill Caldwell for regular editing and proofreading of the English language versions of my entries.

Sources:
  • "Dzieje Szubina", Marian Biskup (ed.), Warsaw-Poznań, 1974.
  • "Spacer z historią w tle" by Kamila Czechowska, Urząd Miejski w Szubinie, Szubin, 2015.
  • "Der Kreis Schubin", Heimatkreis Schubin - Altburgund e.V., Bergen, 1990.
  • "Oflag 64 The Fiftienth Anniversary Book", Evanston Publishing, inc. Evanston Illinois, 1993.
  • "Americans Behind the Barbed Wire. World War II: Inside a German Prison Camp", by Frank J. Diggs, Vandamere Press, 2000.

© Mariusz Winiecki

05.05.2016

O szubińskiej drukarni Józefa Kapsy, w której Willi Kricks drukował „The Oflag 64 Item”


W czasie II wojny światowej amerykańscy jeńcy wojenni, więźniowie oficerskiego obozu jenieckiego Oflag 64 w okresie od listopada 1943 r. do stycznia 1945 r. wydawali gazetę obozową o tytule „The Oflag 64 Item”. Łącznie ukazało się 15 numerów wydawanych praktycznie comiesięcznie. Nie było, co prawda, numeru styczniowego w 1944 r., ale w grudniu 1943 r. ukazały się 2 numery – jeden na początku miesiąca oraz drugi tuż przed Bożym Narodzeniem. Gazetka miała zazwyczaj 4 strony, ale 3-krotnie numer miał 6 stron – w kwietniu i w październiku 1944 r. oraz w styczniu 1945 r., zaś raz miała 8 stron – w czerwcu 1944 r. Był to numer rocznicowy dla podkreślenia, a właściwie uczczenia [sic!], pierwszej rocznicy niewoli w Oflagu 64. Nakład rósł od 250 egzemplarzy dla pierwszego numeru do ponad 1400 dla ostatniego wydania – każdy jeniec otrzymywał swój egzemplarz, od początku do końca.

Wydrukowane zielonym tuszem wydanie świąteczne „The Oflag 64 Item” z grudnia 1943 roku (źródło: Susanna Bolten Connaughton).

***

Była to pierwsza polska drukarnia założona w Szubinie tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. W 1920 roku Józef Kapsa (ur. 1892) zakupił posesję przy ulicy Paderewskiego 7 i zamieszkał tam ze swoją rodziną, zaś budynki gospodarcze znajdujące się w podwórzu przekształcił w drukarnię i introligatornię.

Od 1850 roku w mieście funkcjonowała niemiecka drukarnia i introligatornia, w której za czasów pruskich wydawano takie tytuły jak: „Kreisblatt des Szubiner Kreises” (Dziennik Urzędowy Powiatu Szubińskiego), „Schubiner Kresiblatt” czy „Schubiner Zeitung”. Po 1918 roku ostatni niemiecki właściciel tej drukarni, Fritz Lach, nadal prowadził swój zakład i drukował ukazujący się w języku polskim i niemieckim „Orędownik na powiat szubiński – Kreisblatt für den Kreis Schubin”.

 
Nagłówki „Schubiner Kresiblatt” oraz „Schubiner Zeitung” (źródło: Muzeum Ziemi Szubińskiej).

Drukarnia Józefa Kapsy, wkrótce zaopatrzona w najlepsze dostępne na rynku maszyny drukarskie, bogato wyposażoną zecernię oraz introligatornię, stała się bardzo dobrze prosperującym interesem świadczącym usługi dla instytucji i dla mieszkańców. Jak podają „Dzieje Szubina” prasa cieszyła się stosunkowo dużą poczytnością wśród szubinian i odgrywała ważną rolę w kształtowaniu kultury. Od 1925 roku aż do wybuchu wojny, druk tej szubińskiej gazety ukazującej się w dwudziestoleciu międzywojennym pod tytułami: „Orędownik Urzędowy Powiatu Szubińskiego”, „Orędownik Powiatowy Powiatu Szubińskiego” oraz „Orędownik Powiatu Szubińskiego” został powierzony właśnie jego drukarni. Drukowany w drukarni Kapsa „Orędownik Powiatu Szubińskiego”,  będący organem urzędowych władz miejskich i powiatowych, wychodził dwa razy w tygodniu i zawierał różne zarządzenia, komunikaty oraz wiadomości z życia lokalnych organizacji i stowarzyszeń.

 Nagłówki „Orędownika”: (niżej) drukowany przez Lacha z 1922 r. oraz (wyżej) drukowany przez Kapsę (źródło: Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa).

Rachunek za ogłoszenie (źródło: Muzeum Ziemi Szubińskiej).

Kilka dni po wybuchu II wojny światowej do Szubina wkroczyły wojska niemieckie – we wtorek 5 września na szubińskim rynku miejscowi Niemcy powitali ok. 20 żołnierzy, którzy przyjechali na dwóch samochodach i kilku motocyklach. Nowe hitlerowskie władze miasta od pierwszych dni swojego urzędowania rozpoczęły planową akcję eksterminacyjną ludności polskiej. Nastąpiły aresztowania Polaków, wkrótce również rozpoczęły się publiczne i masowe egzekucje okolicznej ludności. W chwilą utworzenia okręgu Rzeszy Poznań (Reichsgau Posen), Wielkopolska, a wraz z nią Szubin i powiat szubiński, zostały wcielone do terytorium Trzeciej Rzeszy.

Niemieccy żołnierze na szubińskim rynku, jesień 1939 r. (źródło: Muzeum Ziemi Szubińskiej).

W pierwszych tygodniach okupacji, Józef Kapsa, jak wielu innych właścicieli domów i interesów w Szubinie, został pozbawiony swojej drukarni. Wywłaszczenie przez nazistów następowało wg zasady „In fünf minuten raus”. Funkcjonariusze żandarmerii nakazywali opuszczenie pomieszczeń całym rodzinom w czasie kilku minut do godziny. Każda rodzina mogła zabrać ze sobą nie więcej niż 50 kg bagażu, głównie żywności oraz osobistej odzieży, a wszelkie kosztowności były konfiskowane. Wyeksmitowanych szubiniaków zgromadzono w Domu Polskim przy ulicy Szkolnej, w którym okupant niemiecki utworzył obóz przejściowy dla wysiedleńców (tymczasowy obóz zbiorczy, grudzień 1939 r.). Rodzina Kapsów została rozdzielona. Syn Adam z matką i resztą rodziny zdołali uciec do rodzinnego Wągrowca, gdzie Adam Kapsa pracowała jako listonosz, zaś nestor rodu, Józef, został jak wiele innych szubińskich rodzin wysiedlony do Generalnej Guberni. Praktycznie całe 5 lat wojny spędził w Mińsku Mazowieckim imając się różnych prac fizycznych, jak np. zamiatanie ulic.

W okresie niemieckiej okupacji drukarnia Kapsy przez pewien czas nie miała zarządcy. Na wieść o tym do Szubina powrócił rodowity mieszkaniec powiatu szubińskiego, którego przodkowie pochodzili z Prus Wschodnich. Jego dziadek, Franz Nicolaus Krix, urodził się w Grudziądzu (Graudenz), zaś jego ojciec, Paul Kriks urodził się w Bydgoszczy (Bromberg). Paul Kriks, wraz żoną Marią Magdaleną z domu Sułkowską mieli trzynaścioro dzieci. Najmłodszemu, urodzonemu w 1907 roku w Rynarzewie (Netzwalde), nadano imię Willi Richard. Paul Kriks był z zawodu kominiarzem i gdy otrzymał stanowisko mistrza w szubińskim okręgu kolejowym, przeprowadził się do Szubina i kupił dom przy Raatzstraße (obecnie ul. Winnica) – był w tym czasie osobą dobrze znaną w regionie.

Willi Kricks uczęszczał do szkoły w Szubinie, a po jej ukończeniu – jak opisał jego syn Rainer – uczył się rzemiosła zecerskiego w drukarni Fritza Lacha przy ul. Bydgoskiej (Bromberger Straße). Wg niemieckiego planu Szubina, wg źródła z 1935 r., ale prawdopodobnie odzwierciedlającego stan z okresu Zaboru Pruskiego, przy ulicy Bydgoskiej w miejscu oznaczonym kolorem zielonym mieściła się drukarnia Kapsy, zaś drukarnia Lacha znajdowała się w miejscu oznaczonym na czerwono.

Plan Szubina (źródło: Der Kreis Schubin, 1990).

Rodzina Kricksów opuściła Szubin w 1927 roku z powodów politycznych i osiedliła się w Haale/Saale. W tym samym czasie najprawdopodobniej działalność zakończyła też niemiecka drukarnia Lacha, który również opuścił Szubin. W 1935 roku w Halle/Salle Willi założył rodzinę i otrzymał posadę dyrektora technicznego w gazecie „Die Mitteldeutsche Nationalzeitung”. W roku 1940 chcąc być bliżej swojej małej ojczyzny z powodzeniem ubiegał się o posadę w Poznaniu. Stamtąd wielokrotnie odwiedzał Szubin. Kiedy dowiedział się, że drukarnia, której polski właściciel został wywłaszczony, potrzebuje zarządcy powierniczego, postanowił się ubiegać o tę posadę i w związku wrócił do Szubina. Z biegiem czasu nadarzyła się okazja do zakupienia drukarni od ówczesnych władz niemieckich. W drukarni pod zarządem Kricksa było zatrudnionych  kilku polskich pracowników, w tym zecer, introligator, uczeń, pomoc żeńska i pan Józef Kluczkowski, który pracował jako brygadzista [oraz zecer] i który – jak przypuszcza syn Williego – podobnie jak jego ojciec terminował u Fritza Lacha. W drukarni pomagała roznosząc ulotki także córka Pana Kluczkowskiego. W tym czasie drukowano tam miesięcznik „Altburgunder Heimatbote”, kierowany do niemieckich żołnierzy.

Nagłówek „Altburgunder Heimatbote”, październik 1944 (źródło: Rainer Kricks).

Fotografia kościoła Ewangelickiego w Rynarzewie, 1900/01 z artykułu na pierwszej stronie „Altburgunder Heimatbote” (źródło: Rainer Kricks).


W 1943 roku Willi Kricks został wcielony do Wehrmachtu, zaś prowadzeniem drukarni zajęła się żona Anni. Jak podkreślił w tym miejscu Reiner Kricks, jego ojciec nigdy nie był członkiem NSDAP, choć –  co naturalne – był zagorzałym niemieckim patriotą.

Reiner Kricks w drzwiach drukarni oraz Willi Kricks z dziećmi Rainerem i Brigitte w ogrodzie na posesji, w której znajdowała się drukarnia, 1943 (źródło: prywatne archiwum Rainera Kricksa).

Willi był strażnikiem w Oflagu 64 i gdy amerykanie dowiedzieli się, że prowadzi w mieście drukarnię, pojawił się pomysł drukowania w nim obozowej gazety. „Zważywszy na okoliczności trudno sobie wyobrazić, dlaczego Niemcy wyrazili zgodę na takie przedsięwzięcie, tym bardziej, że „The Oflag 64 Item” był drukowany w przejętej od Polaków drukarni, której właścicielem został jeden ze strażników obozu, Willi Kricks” – wspomina po latach redaktor naczelny gazetki, Frank Diggs – „Drukarnię obsługiwała żona strażnika. Wyposażona była w stary linotyp, a pracownicy drukarni okazali się być wielce pomocni, zwłaszcza w zakresie korekty składanych tekstów”. W swojej książce „Americans Behind the Barbed Wire” Diggs napisał: “[Gazeta] była drukowana przez Williego Kricksa, tego samego niemieckiego strażnika, który w pobliskim Szubinie prowadził drukarnię i pomagał Donowi Lussandenowi stworzyć obozową introligatornię. Przy pomocy czterech polskich pracowników, Willi wykonywał na prawdę dobrą robotę – wszystkie nasze literówki były skrupulatnie poprawiane.  Każdego miesiąca pod eskortą uzbrojonych strażników udawałem się do jego drukarni w mieście, zwykle w towarzystwie Larry’ego Phelana albo Seymoura Boltena, nowojorczyka, który biegle mówił po niemiecku”.

Rainer Kricks wspomina: „Ponieważ dla zorganizowania druku gazety konieczne były inwestycje, ojciec mój został przeniesiony do personelu ochrony [obozu], w celu zorganizowania zakupu zestawu nowych czcionek i innego profesjonalnego wyposażenia. W trakcie tworzenia gazety doświadczeni zawodowo amerykańscy jeńcy pracowali u nas jako zecerzy. Przy tym nawiązały się dobre kontakty międzyludzkie. Mój ojciec był niemieckim patriotą, dla którego oczywistym obowiązkiem było zaangażowanie po stronie swojej ojczyzny, co nie oznaczało jednak niewłaściwego odnoszenia się do ludzi czy złego ich traktowania. Jego zachowanie w stosunku do polskich współpracowników, jak również więźniów [obozu] cechowało się odpowiedzialnością, rozsądkiem i gotowością wzajemnej pomocy w ciężkich czasach wojny”. Potwierdziła to w rozmowie córka Józefa Kluczkowskiego: „Kricks zawsze bardzo dobrze traktował pracujących dla niego Polaków, mój ojciec powtarzał to wielokrotnie”.

„Amerykanie zostawili mojemu ojcu swoje adresy – wspomina dalej Rainer Kricks – pod którymi po zakończeniu wojny mógł się zgłosić, gdyby ewentualnie potrzebna była mu jakakolwiek pomoc. Pamiętam Carla Hansena [1st Lt.  Carl V. Hansen ] – profesora germanistyki oraz Cartera [2nd Lt Amon G. Carter Jr.] – właściciela jednej z większych gazet w Fort Worth w Texasie. Oboje [po wojnie] wysyłali nam paczki do sowieckiej strefy okupacyjnej (DDR) i utrzymywaliśmy korespondencję”.

Jesienią 1944 r. Kricks rozpoczął rozbudowę prawego skrzydła stodoły znajdującego się za budynkiem drukarni. W celu rozszerzenia wyposażenia drukarni zakupił też prasę Johannisberger Schnellpresse, dla której – jak wspomina Rainer – oczywiście brakowało już walców drukarskich, które odlewano w Lipsku.
W zecerni brakowało też niektórych czcionek do druku amerykańskiej gazety, dlatego za zgodą władz zakupił ich więcej w odlewni czcionek Bauera we Frankfurcie nad Menem, między innymi znany na całym świecie krój ‘Bodoni-Antiqua’.
21 stycznia 1945 roku amerykańskich jeńców ewakuowano w kierunku Rzeszy. Również tego dnia Willi Kricks wraz z rodziną, podobnie jak znakomita większość Niemców, opuścił Szubin furmanką.

Po powrocie do Szubina w 1945 roku Józef Kapsa zastał swoją drukarnię w zaskakująco dobrym stanie i szybko wrócił do pracy. Jako właściciel prowadził ją do 1949 roku, kiedy to na mocy ustawy nacjonalizacyjnej większość przedsiębiorstw prywatnych w Polsce została przejęta na rzecz Skarbu Państwa. W ten sposób po raz drugi stracił założoną przez siebie drukarnię wraz z wyposażeniem. Był fachowcem w swoim zawodzie, w związku z czym pozwolono mu dalej w niej pracować wraz z synem Adamem. Zachował też dom, w którym ponownie zamieszkała rodzina Kapsów, choć komunistyczne władze i tak nie pozwalały im w pełni nim zarządzać – co rusz albo to przydzielano im sublokatorów, albo wydzielano powierzchnie na inne cele, jak na przykład mieszkanie dla nauczyciela pobliskiej szkoły czy sklep.

Marek Kapsa, wnuk Józefa, wspomina, że dorastał w otoczeniu maszyn drukarskich i nawet dziś, choć drukarnia już dawno nie istnieje, byłby w stanie z pamięci odtworzyć ustawienie wszystkich maszyn. Wspomina również, że jego dziadek Józef i ojciec Adam byli często szykanowani przez komunistyczne władze – wielokrotnie byli na przykład zwalniani z pracy. Marek również zdobył fach drukarza, ale pracował już w innej drukarni.

W 1968 roku Józef Kapsa przeszedł na emeryturę i wkrótce zmarł (w 1970 roku). Drukarnia, którą założył w Szubinie, wraz z całym przedwojennym jej wyposażeniem pracowała jeszcze do początku lat 70-tych XX w. W 1974 roku została zlikwidowana, a maszyny wywieziono do innej drukarni w Żninie.

Józef Kapsa (prywatne archiwum Marka Kapsy).

Willi Kricks po wojnie wydzierżawił drukarnię Beetzendorf/Altmark w strefie wschodniej [DDR]. W czerwcu 1950 roku jednak uciekł przed komunistami do Niemiec Zachodnich. Przez obozy dla uchodźców w Uelzen, Freiburg/Breisgau i Osthofen trafił do Westhofen pod Wormacją, która stała się jego nowym domem. Willie Kricks wraz z żoną Anni w latach 70-tych XX w. wrócili do Szubina z wizytą. Odwiedzili wówczas dom Państwa Kluczkowskich oraz drukarnię Józefa Kapsy. Kricks zmarł 16 marca 1988 roku w Westhofen. Jego syn Rainer w 1951 roku rozpoczął naukę w zawodzie zecera. Po zdanym egzaminie mistrzowskim i kilku latach praktyki w innym zakładzie przejął drukarnię swojego ojca w Westhofen i prowadził ją do czasu, gdy została ona przejęta przez jego syna Volkera, dyplomowanego inżyniera techniki drukarskiej. 

Początki wolnej postkomunistycznej Polski stworzyły dla rodziny Kapsów szanse na odzyskanie utraconego majątku w ramach reprywatyzacji, ale Adam Kapsa zmarł nagle w 1992 roku. Pomimo wielu podejmowanych prób regulacji prawnych tej kwestii, Polska pozostaje jedynym Państwem w bloku Państw postsocjalistycznych, w której nie przeprowadzono reprywatyzacji. Rodzina Kapsów odzyskała co prawda dom rodzinny, ale nakładu finansowe na wyposażenie i urządzenie drukarni nie zostały nigdy zrekompensowane. Od czterech pokoleń rodzina Kapsów mieszka w tym samym miejscu i jedynie numer domu uległ zmianie. Obecnie w budynkach byłej drukarni Józefa Kapsy, znajduje się siedziba wytwórni płytowej i profesjonalne studio nagrań Electric Eye Records prowadzone przez prawnuków Józefa, Kubę i Bartka Kapsów, braci Kapsa znanych z takich zespołów jak Something Like Elvis, Contemporary Noise Quintet, Kuba Kapsa Ensemble czy Tropy.

Budynki byłej drukarni Józefa Kapsy, 2016.

***

W poszukiwaniu maszyn drukarskich z szubińskiej drukarni Józefa Kapsy udałem się do Żnina, gdzie po jej likwidacji zostały one wywiezione. Przyjąłem za wysoce prawdopodobne, że któraś z nich może znajdować się na ekspozycji poświęconej historii drukarstwa w Muzeum Ziemi Pałuckiej. Nikt nie potrafił co prawda potwierdzić czy którakolwiek ze znajdujących się tam maszyn mogła pochodzić z drukarni Kapsy, ale na ekspozycji znajdują się na przykład eksponaty pochodzące z Państwowego Młodzieżowego Zakładu Wychowawczego w Szubinie – gdzie w jeden z budynków zbudowany siłami jeńców wojennych, który również służył im jako barak, był po wojnie użytkowany do 1994 roku jako drukarnia. Przeglądając dokładne zdjęcia maszyn zgromadzonych w Muzeum Ziemi Pałuckiej, Rainer Kricks stwierdził, że z tego co pamięta, to przedstawiona na ostatnim ze zdjęć maszyna: „Victoria na pewno była na wyposażeniu drukarni jego ojca albo Józefa Kapsy w Szubinie”.









Podziękowania:

Pragnę wyrazić serdecznie podziękowania za poświęcony czas, życzliwą rozmowę oraz użyczone materiały Panom: Markowi Kapsie, wnukowi Józefa Kapsy oraz Rainerowi Kricksowi, synowi Willi'ego Kricksa. Dziękuję także Muzeum Ziemi Pałuckiej za możliwość wykonania zdjęć na wystawie poświęconej historii drukarstwa oraz Muzeum Ziemi Szubińskiej za możliwość wzbogacenia tekstu zdjęciami ze zbiorów Muzeum.

Źródła:
  • "Dzieje Szubina", praca zbiorowa pod redakcją Mariana Biskupa, Wyd. Warszawa-Poznań, 1974.
  • "Spacer z historią w tle", Kamila Czechowska, Urząd Miejski w Szubinie, Szubin, 2015.
  • "Der Kreis Schubin", praca zbiorowa, Heimatkreis Schubin - Altburgund e.V., Bergen, 1990.
  • "Oflag 64 The Fiftienth Anniversary Book", praca zbiorowa, Evanston Publishing, inc. Evanston Illinois, 1993.
  • "Americans Behind the Barbed Wire. World War II: Inside a German Prison Camp", Frank J. Diggs, Vandamere Press, 2000.

© Mariusz Winiecki