1 gru 2015

Francuskie Stowarzyszenie Pamięci Oflagów IID–IIB–XXIB / The French Association of Oflags IID-IIB-XXIB


Dear Reader / Szanowny Czytelniku,

This entry recommends that you visit the website of the French Association of Oflags IID, IIB, and XXIB created to commemorate the captivity of French officers in Gross Born, Arnswalde and Schubin.

Niniejszym pragnę gorąco polecić stronę Francuskiego Stowarzyszenia Pamięci Oflagów IID–IIB–XXIB, założonego dla upamiętnienia niewoli francuskich oficerów w obozach jenieckich w Bornem Sulinowie, Choszcznie oraz w Szubinie.

 

Click the link /Kliknij w poniższy link:
www.oflags.fr


By clicking the English flag at the upper left, visitors can read numerous texts translated into English.
Klikając polską flagę w lewym górnym rogu strony odwiedzający może przeczytać wiele spośród zawartych tam tekstów w języku polskim.

 The secretary-general of the French association, Mr. Etienne Jacheet, has courteously allowed me the pleasure of presenting some unique photographs of French prisoners of war who were held in the Szubin camp.

Dzięki uprzejmości sekretarza generalnego francuskiego stowarzyszenia, pana Etienne'a Jacheet, mam przyjemność zaprezentować kilka unikalnych zdjęć francuskich jeńców w szubińskim obozie.

French prisoners of war at the main courtyard of the camp; in the background the main building of the camp also known as "The White House" is visible; on the right side there is one of the barracks - the one nearest the street.
Francuscy jeńcy na głównym dziedzińcu obozu, w tle widoczny główny gmach obozu znany też jako "Biały Dom", po prawej stronie jeden z baraków najbliższy ulicy.

A group of officers at the front doors of the chapel / Grupa oficerów przed drzwiami kaplicy

The chapel, which was also inside the compound / Kaplica w obrębie drutu kolczastego

Central courtyard, barracks and volleyball court - view from the site of the White House, the camp hopsital is on the right, but unseen at the photo / Centralny plac, baraki w tle i boisko do siatkówki - widziane od strony Białego Domu, po prawej stronie znajduje się, niewidoczny na zdjęciu, obozowy szpital




© Mariusz Winiecki




25 lis 2015

Thanksgiving‬ feast '43


In the first edition of the camp newspaper, “The Oflag 64 Item” (issued in November 1943), a menu for the forthcoming Thanksgiving [November 25, 1943] meal is announced. Meals for national and religious holidays were much better than daily meals thanks to their own resourcefulness, as POWs were able to enrich the regular German starvation rations not only with products saved from their Red Cross parcels, which were jointly and individually collected and shared by all, but also by vegetables grown in the camp garden.

The title of this short press note, by using a slick play on words, announces that canned meat Prem* will replace the traditional turkey. The term “to pinch-hit for” in baseball means to bat as a substitute for the scheduled batter, so in this case can simply be translated as to act as a substitute.

The large quantities of All-American chow are humorously promised by the mess officer Lt. Col. Walter M. Oakes to overload the Oflag 64 tables – American oatmeal for breakfast, meat and vegetable hash à la Oakes for dinner, and for supper – instead of traditional turkey – "Prem, mashed potatoes, peas, carrots will be served. Even a dessert may be served, depending on what shows up".

*Prem – a canned precooked meat product of Swift's Co., luncheon loaf made from coarse-ground lean pork and beef, see the original ads from the late 40’s of the previous century.





© Mariusz Winiecki
Special thanks to Elodie Caldwell















24 lis 2015

Świąteczne menu na Dzień Dziękczynienia '43


W pierwszym numerze obozowej gazetki „The Oflag 64 Item” z listopada 1943 roku zapowiedziano menu na zbliżające się Święto Dziękczynienia.  Dzięki własnej zaradności i oszczędności Amerykańscy jeńcy przy okazji narodowych i religijnych świąt byli w stanie wzbogacić głodowe niemieckie racje nie tylko zachowanymi na lepsze okazje produktami z paczek z Czerwonego Krzyża, które solidarnie dzielono między wszystkich, ale również warzywami uprawianymi przez siebie w obozowym ogrodzie.

Tytuł tej krótkiej prasowej notki zręczną grą słów oznajmia, że w Dzień Dziękczynienia [25 listopada 1943 r.] zamiast tradycyjnego indyka podana będzie konserwa mięsna Prem*. Określenie „to pinch-hit for” w terminologii baseballowej oznacza odbicie piłki w zastępstwie właściwego (lepszego) pałkarza, stąd w tym sformułowaniu oznacza po prostu substytut.

W notce oficer obozowej mesy zapowiada żartobliwie pojawienie się na stołach dużych ilości „amerykańskiego żarcia” – na śniadanie amerykańska owsianka, na obiad gulasz mięsno-warzywny à la  Oakes (Podpułkownik Walter M. Oakes – główny oficer mesy w Oflagu 64), zaś na uroczystą wieczerzę, jak głosi tytuł, w miejsce tradycyjnego indyka: „Prem, purée z kartofli, marchewka z groszkiem, a może nawet będzie deser – w zależności od tego, co się pojawi”.

*Prem – produkt firmy Swift Co., wieprzowo-wołowa konserwa mięsna, mielonka, o długim terminie przydatności do spożycia, poniżej reklamy produktu z amerykańskiej prasy wydawanej w latach czterdziestych dwudziestego wieku.

 Ilustracje pochodzą ze strony TJS Labs Gallery of Graphic Design.


© Mariusz Winiecki
Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki
Special thanks to Elodie Caldwell

10 lis 2015

Dzień Pamięci w Stalagu XXI-B / Remembrance Day '40 in Stalag XXI-B


This entry is not related to the Oflag 64 history, but recalls the celebrations of the Remembrance Day '40 in Stalag XXI-B in Szubin and it has happened in the same compound. This story is available in English language on the website dedicated to John Chew's experiences as a prisoner of war.

*** 

W Polsce 11. listopada, dla upamiętnienia odzyskania niepodległości w 1918 roku, obchodzone jest Narodowe Święto Niepodległości. W krajach Wspólnoty Narodów 11. listopada obchodzony jest Dzień Pamięci (ang. Remembrance Day). Święto to upamiętnia podpisanie rozejmu kończącego I wojnę światową. O godzinie 11. nastąpiło zawieszenie broni, dlatego też o godzinie tej żołnierzom poległym w wojnach oddawana jest cześć w formie dwóch minut ciszy. W Stanach Zjednoczonych 11. listopada obchodzony jest Dzień Weteranów.

Wspomnienie obchodów Dnia Pamięci '40 w Stalagu XXI-B zawarł szeregowy John Dale Chew w swoim opowiadaniu pt.: „In Trouble. Poniższy fragment jest tłumaczeniem tego opowiadania. Chew był brytyjskim jeńcem wojennym więzionym w okresie od 12 czerwca 1940 do 4 stycznia 1941 w Stalagu XXI-B w Szubinie, a w okresie od 4 stycznia 1941 do 15 października 1941 w Stalagu XXI-B/H w Turze koło Szubina.

John Chew, jeniec o numerze 3847 (z lewej); (po prawej) Chew z toporem podczas przedstawienia w obozie Stalag XXIB/H w Turze.

Jesienią 1940 roku w obozie jenieckim w Szubinie (Stalag XXI B) przebywało kilkuset jeńców z Francji, Holandii i innych okupowanych terytoriów. W czasie gorącego lata 1940 roku warunki w obozie były okropne. Plaga pcheł, wszy i much, przewlekła epidemia czerwonki i głodówka sprawiały, że miejsce to przypominało Belsen [Stalag XI-C Bergen-Belsen, pierwotnie Stalag 311] czy inny podobny obóz.

Na początku października zaczął padać śnieg i w końcu nadeszły ratujące nam życie medyczne paczki z Czerwonego Krzyża. W tym samym mniej więcej czasie do obozu przyjechało trzech lekarzy z Korpusu Medycznego Armii Brytyjskiej (Royal Army Medical Corps). Lekarze Ci godnie poświęcili się opuszczając bardziej wygodne oflagi, by spróbować zorganizować w naszym obozie namiastkę służby medycznej będącej jak dotąd w bardzo opłakanym stanie.

Jeden z oficerów medycznych, najwyższy stopniem pułkownik Hankey, został nie tylko szefem zespołu medycznego, ale również liderem całego obozu. Na początku listopada przewodniczył w kilku pogrzebach jeńców (zbyt wiele zgonów miało miejsce z powodów niedożywienia i wynikających z tego chorób), a w niedziele zgodził się kontynuować proste obozowe nabożeństwa, które odbywały się już wcześniej w będące torturą letnie miesiące. (W obawie przed knowaniami jakichkolwiek przewrotów czy masowych ucieczek) nabożeństwa te odbywały się zawsze pod ścisłym nadzorem niemieckich strażników.

 Brama cmentarza w Szubinie i pogrzeb brytyjskiego jeńca zmarłego w obozie. 
25. naszych zmarłych kumpli zostało tam pochowanych – wspomina John. 

***
Początkowo z powodu braku kapelana czy brytyjskiego oficera, niedzielnym nabożeństwom oraz pogrzebom żołnierzy na szubińskim cmentarzu przewodniczył szeregowy John Dale Chew – wspomina on o tym w liście wysyłanym 20/09/1940 do rodziny.

List Johna z dnia 20/09/1940.
***

Wraz z nadejściem listopadowych chłodów, małemu polskiemu kościółkowi, który znajdował się wewnątrz obozowego kompleksu, została przywrócona jego właściwa funkcja sakralna i kiedy zbliżał się 11. listopada, pułkownik Hankey uznał, że kościółek ten nadałby się na okolicznościowe nabożeństwo w intencji tych, którzy polegli na polu walki oraz zmarli w obozie. Ponieważ dzień ten przypadał w środku tygodnia, złożył on [w komendanturze obozu]  prośbę o zgodę na specjalne nabożeństwo o godzinie 10. Pozwolenie wydano i (jak to było w zwyczaju) niemiecki tłumacz został wyznaczony, żeby w nim uczestniczyć.

Przygotowując uroczystości pułkownik Hankey zastanawiał się jaki punkt powinien nastąpić po zwyczajowych „dwóch minutach ciszy” i zapytał czy ktoś nie znał tego słynnego wiersza często przywoływanego ku czci poległych na wojennych frontach – „Im nie przyjdzie się zestarzeć... itd.” ("They shall not Grow Old"... etc.) [„Oda do Pamięci” z poematu „Fallen” autorstwa Laurence’a Binyona].

Jako członek Toc H* od 1936 roku znałem tę zwrotkę (używaną podczas „Ceremonii światła” w Toc H), więc uzgodniliśmy, że na dany sygnał wiersz ten wyrecytuję z empory na tyle kościoła. 

Kościółek na terenie Stalagu XXI-B w Szubinie.

Po dwóch minutach ciszy, ok. godziny jedenastej 11. listopada 1940 wnętrze małego polskiego kościoła wypełniły wypowiadane przeze mnie słowa poematu:


Im nie przyjdzie się zestarzeć, jak starości doświadczymy my.
(They shall grow not old, as we that are left grow old) 
Wiek ich się nie tknie, ni lata skażą na słabość.
(Age shall not weary them, nor the years condemn) 
O zmierzchu zachodzącego słońca i o poranku 
(At the going down of the sun and in the morning) 
Zawsze będziemy o nich pamiętać. 
(We will remember them)

(tłumaczenie: © Maryla Ossowska)
Źródło: Portal Rzeczysedno

Kiedy nabożeństwo się zakończyło i wszyscy wrócili do szwędania się po obozie w oczekiwaniu na skąpą rację wodnistej zupy ziemniaczanej, przy głównej bramie powstało zamieszanie i na teren obozu wtargnął pod dowództwem swojego komendanta oddział niemieckiej obozowej straży  poszukujący jeńca o numerze 3847 i nazwisku CHEW. 

Zanim zdążyłem się zorientować, maszerowałem pod uzbrojoną eskortą przed oblicze Oficera Szefa Ochrony apodyktycznego typa pruskiej urody, o mocnej posturze, przystrzyżonych włosach, o plugawym charakterze, obok którego czekał już trzymając w dłoni swoją małą czarną książeczkę drobny niemiecki tłumacz, który był obecny na nabożeństwie.

Stojąc między dwoma uzbrojonymi strażnikami ośmieliłem się zapytać, o co w ogóle chodzi. Poinformowano mnie w zdecydowany sposób, że zostaję skazany na ścisły areszt o najwyższym wymiarze za podżeganie współwięźniów do buntu . Zdziwiłem się: „Niby w jaki sposób?” Na co tłumacz powołując się na swój stenogram i kładąc gardłowy akcent na słowo „REMEMBER” [PAMIĘTAJMY], oskarżył mnie o wykrzykiwanie podczas świątecznego nabożeństwa z galerii na tyle kościoła do moich współtowarzyszy przy użyciu słów: „Dumnie sławiąc PAMIĘTAJMY naszych starszych braci (mając rzekomo na myśli odwet za pierwszą wojnę światową)”.

Wstrząsnęło mną na myśl, że słowa modlitwy mogą zostać przeistoczone w hymn nienawiści i fakt, że sposób w jaki je wyrecytował był niewątpliwie nienawistny.

Gdy myślałem nad szybką obroną olśniło mnie, co do sposobu, w jaki niemiecki umysł interpretuje i manifestuje swoją własną motywację do realizacji celów wojennych. Zrozumiałem, że oni sami szukają zemsty za porażkę pierwszej wojny światowej i układu politycznego, jaki po niej nastąpił. W obronie własnej wyjaśniłem, że werset, którego dotyczyła kwestia jest używany w Wielkiej Brytanii ku czci poległych obojga stron, zarówno wrogów jaki i sprzymierzeńców, i że kraj mój nie szuka zemsty, a przystąpił do konfliktu wypełniając zobowiązania sojusznicze względem Polski, która została zaatakowana na mocy decyzji Przywódców Państwa Niemieckiego. Jeśli Niemcy toczą swoją wojnę w odwecie, to ich sprawa, ale słowa, które wypowiadałem były modlitwą, a nie wezwaniem do nienawiści.

Po tym, jak słowa mojego wyjaśnienia zostały przetłumaczone i po krótkiej naradzie w języku niemieckim, zostałem poinformowany, że moja kara jest anulowana, ale będę bacznie obserwowany i w przypadku jakichkolwiek dalszych uchybień, zostanę bezterminowo odesłany do karnego obozu. Odniosłem wrażenie, że zdali sobie sprawę, iż całe zajście było wyłącznie nieporozumieniem, ale nie chcieli się do tego przyznać.

Na podstawie tego incydentu z początków mojej pięcioletniej jenieckiej niedoli, zdałem sobie sprawę jak istotną sprawą jest właściwe tłumaczenie. Niby słowa te same, ale znaczenie i interpretacja mogą być zgoła odmienne.  (…)  za każdym razem, gdy nadchodzi Święto 11. Listopada wspominam nie tylko poległych towarzyszy, ale także myśli moje biegną w kierunku rzeszy tłumaczy, którzy pomagają osiągnąć lepsze zrozumienie między narodami.


* „Toc H. to telegraficzny skrót z okresu pierwszej wojny światowej. Oznaczał Talbot House, klub dla żołnierzy brytyjskich stacjonujących we Flandrii, utworzony w grudniu 1915 r. w Poperinge w Belgii z inicjatywy kapelanów Neville’a S. Talbota i Philipa Byarda Claytona. Nazwa upamiętniała Gilberta Talbota, młodszego brata ojca Neville’a, zabitego podczas walk. W Talbot House, pokojowej przystani w świecie targanym wojną, panowały zasady braterstwa – traciła tam moc ranga wojskowa. To niezwykłe miejsce stało się z czasem antywojennym pomnikiem. A z idei, które legły u jego podstaw, narodził się ruch społeczny, również nazwany Toc H”. 
Historia według Watersa by Wiesław Weiss


„In Trouble” © John Dale Chew; used with permission from Martin Chew (son).
Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki



28 paź 2015

The pre-war history of the P.O.W. camp(s) site in Szubin


Many sources, in a rather abridged and sometimes even incorrect way, recount the history of the camp site and institution during World War II, noting that it was transformed into a prisonerof war camp for allied officers and noncoms. There had been no Polish women’s college previously, but stating that it originally was a school for boys is also not enough.  Let me give you a brief pre-war history of the place where Stalag XXIB, Oflag XXIB and finally Oflag 64 were.


1. The gate of the the minor edifice of the Provincial Protective-Educational Centre
(In German: die Erziehungsanstalt)
in Schubin, circa 1910.


2. The minor edifice of the Provincial Protective-Educational Centre in Schubin, circa 1910.
For POWs this building was known as the camp hospital.

This history is closely linked with the history of the city of Szubin and dates back to the second half of the 19th century. Outside the city on the road to Kcynia (Exin), the county infirmary was built on the premises and was put into use on June 3rd, 1880. The so-called Kreislazaret (in German) was only active for 8 years. In 1888 the building and surrounding grounds were bought from the city for the use of the Provincial Educational Institute and significantly expanded. The former hospital, which still exists, was preserved to a certain extent as the central part of the building known to the POWs as The White House.


3. The main edifice of the Provincial Protective-Educational Centre, Schubin, circa 1910.
For POWs t
his building was known as 'The White House'.



4. The so-called 'White House', circa 1910.


5. The postcard showing the residential buildings for the staff, the minor (Hospital) and main (White House) residences of the Reform School, circa 1917.

The Provincial Department of Compulsory Education was established in Szubin on 3rd August 1888 and at the beginning it was named the Provincial Evangelical Department of Preventive Education. The pupils were boys aged 10-12, mostly of Polish origin (i.e. Catholic). During the years 1888-1898 the premises expanded considerably and consisted of: the dormitory, four barred prison cells, residential buildings for staff, including a separate building for the principal, and a chapel, as well as economic facilities like a pigsty, barn, stables and workshops which could be used by a smithy and a cartwright.


6. This photograph was taken from the location of the pond across the street, circa 1928 – the pond was used by American POWs for skating during the winter.

During  the Prussian annexation, learning in the school took place in German.  Alumni were Germanized, forced to be subordinate to the occupying authorities (the term Germanization refers to the the forceful imposition of German culture and language upon Poles on territories partitioned by Prussia). The main method of resocialization was a requirement for absolute obedience, the lack of which would result in corporal punishment used together with meager food rations and hard physical work, mainly in farming. The situation improved after 1900 when by legislation the juvenile prison was transformed into a preventive education facility, in German called – Erziehungsanstalt – an institution to which youthful offenders were sent as an alternative to prison; a reform school.


7. This photograph showing the boys gathered beyond the fence was taken from across the street circa 1928.


8. Pupils in the front of the school building, circa 1928.

During World War I, between the years 1914-1918, the facility was abandoned and in its place the field hospital (Lazaret) was established. After Poland regained its independence, the correctional facility was reopened as a Polish institution under the name National Educational Institute. New methods of resocialization were introduced when an orchestra, choir, and theater group were founded. In 1928 the Military Training Regiment, KS Polonia football club, and a scout troop were founded. In the following year a squad of volunteer fire fighters was created. The Reform School had a library of several hundred volumes.


9. This is a 1928 photo of the “White House”, which was a dormitory for boys.


10. The chapel, circa 1920s.


11. Pupils and teachers of the Reform School in front of the chapel, circa 1928.

Workshops for apprenticeships were built in 1934-35. The school offered vocational training to achieve qualifications in the following occupations: blacksmith, carpenter, wheelwright, cobbler, tailor, bookbinding, printing, baker and boot-maker. Between 1934-1939, students published their own newspaper called "Our Bulletin". The Air and Anti-aircraft Defense League was set up and also established were secular and ecclesiastical choirs, theater and oratorical groups, a sports club, and a brass band which was widely known in the region. A 3-year vocational training school specializing in agriculture and horticulture was introduced.


12. Students of the vocational school practicing horticulture, circa 1930s – the garden and the greenhouse were also effectively used by American POWs.


13. Workshops for apprenticeships of the vocational school offering training to achieve qualifications in the following occupations: blacksmith, carpenter, wheelwright, cobbler, tailor, bookbinding, printing, baker and boot-maker supposedly this building was used by American POWs as a tailor shop, shoemaker's workshop, carpenter shop, supply house - quartermaster's building, etc.
 
The successful development of the institution (having about 230 pupils) was interrupted by the outbreak of World War II. The juveniles were to be transported to Volyn.  However, at Kutno their train was bombed and employees, seeing the futility of further travel, decided to disband the group. During the German occupation of Szubin, the Forced Labor Camp for Polish citizens of Szubin County was established on the premises of the Reform School. Thereafter it became a Prisoner of War Camp.



14. National Educational Institute, shortly before the outbreak of World War II in 1939.

 Sources and acknowledgments:
  • Photos: 1-5 and 14 © Muzeum Ziemi Szubińskiej, used with permission, thanks to Mrs. Kamila Czechowska, the head of the Muzeum Ziemi Szubińskiej.
  • Photos: 6-13 © MOAS, found in the pre-war chronicles of the Reform School, used with permission, thanks to Mr. Wiesław Guziński, the head of the MOAS (Młodzieżowy Ośrodek Adaptacji Społecznej) – the Home and School for At-Risk Youth in Szubin. 
  • "Spacer z historią w tle" by Kamila Czechowska, Urząd Miejski w Szubinie, Szubin, 2015.
  • "W kręgu Eskulapa" by Mieczysław Boguszyński, Pejzaż, Bydgoszcz, 2014
  • "Zakład dla nieletnich w Szubinie w latach 1988-1989" by Jacek Andruszkiewicz, in: "Duch i Czas", Muzeum Ziemi Szubińskiej, 2007, pp. 7-22.
  • History of MOAS available at: http://www.zpszubin.pl/index.php/historia

© Mariusz Winiecki

7 paź 2015

Oflag 64 timeline – June/July 1943


There is not much information available in the War Diaries of former Oflag 64 POWs or in other published books that recreate a detailed timeline of the first weeks in the camp. One of the entries in Lt. Col. John Waters’ War Log dated June 9th notes the arrival of 149 Americans. It refers to the second group of Prisoners of War which arrived in Szubin from Oflag IX A/Z In Rotenburg mentioned in one of the earlier entries: “Roads to Oflag 64 – Arrival of the first groups of American POWs at Szubin”.


1st Lt. O. L. “Brad” Bradford and 2nd Lt. John Glendinning also mentioned the celebrations of Independence Day '43. Brad wrote (7/4/43): “Quite nice program for 4th of July – our first memorial service in the chapel. Fairly good chow (for a change) ball games and a program in the evening in the mess hall”, whereas John noted (July 4) – “Celebration -- taps brought back memories. Had never appreciated its doleful notes now heavy with wreaths of remembrance. Good dinner. Had saved up food”.

On the next day (July 5) John Glendinning acknowledged:  “Swiss came. Germans did not send telegram to Switz for food as they claim to have done”. More space should have been devoted to this comment.

There were five official visits of the Swiss Legation in charge of American interests in Oflag 64. The first and the second were by Fred O. Auckenthaleron July 5th, 1943 and September 20th, 1943 respectively. The third and fourth visits were on December 30th, 1943 and March 24, 1944 by Walter Broun.  The fifth was on October 23rd, 1944 by Albert A. Kadler. There were also official visits by Red Cross and YMCA personnel, but these will be described later.


In his report, Fred O. Auckenthaler recorded on the occasion of this first visit that there were 211 prisoners in the camp, of which 191 were American officers, including eight doctors, one dentist, and one chaplain; and 38 enlisted men, 18 of whom were British soldiers. From his report we can learn that at the beginning Americans used only the large cement building, where officers were quartered 4-6 or 8 to a room, depending upon rank, while junior officers were quartered dormitory style, 24 to a room. The orderlies were at this time billeted in the infirmary, which restricted the available bed space to one room.

Further, the representative of the Swiss Legation describes the sanitary facilities as poor and in disrepair, without a needed sewer system. The next paragraph of the report corresponds more closely with John’s note – Americans, who were cooking for themselves, had not received the Red Cross parcels yet, which were needed to supplement the small food ration. The Swiss Representative arranged for the Red Cross parcels from the British Senior Officer of the neighboring camp to be obtained. One can also learn that the clothing situation was very bad and that many officers were given British uniforms while at another camp, because the German Government had issued no clothing for them. Germans also did not provided much for the canteen which had very limited supplies.

Finally Auckenthaler mentions that recreation activities had been started, but there was very little equipment available. Americans were also restricted in that a portion of the camp was marked “out-of-bounds” as a security measure.

On July 10th John Waters briefly noted – “Attack on Sicily” and in John Glendinning’s diary a related entry, dated July 11th, can be found: “Little polish painter ran back and forth in front of building as he promised to do if an invasion occurred”, which gives a picture of how Americans interacted and cooperated with local citizens of Altburgund.

 
On July 28th Waters wrote: “Discovered RAF Tunnel”. It is not known which one, because according to Harry Day, the participants in the Great Escape from Stalag Luft III and also in the escape from Schubin (March 5th/6th, 1943) they had six major tunnels under way in Oflag XXIB and also several so-called ‘blitz tunnels’ which had been developed by RAF pilots.


The discovery of the tunnel probably caused the immediate Gestapo visit to the camp, as mentioned by John Glendinning on July 29th. But the most priceless is his additional comment reflecting, as I guess, the overall attitude of the majority of POWs in the camp in relation to their captors. He wrote: “Proper decorum and non-asbestos paper make it impossible for me to give a candid openness of those unworthy ignobles”.

For better understanding of his father's sense of humor, the additional comment was provided by John's son, David Glendinning: “Dad's diary entry was a bit of sarcastic humor. He is saying, essentially, that because it would be improper for him to write using offensive language (which would violate proper 'decorum'), and because the paper he is writing on is not fire-proof (the use of the words "asbestos-paper" here meaning that his words for the Gestapo would be "incendiary" strong and harsh and might, due to their power, cause the paper itself to go up in flames!) he cannot really say what's actually on his mind to properly describe them (the Gestapo).

References:
  • Transcript of War Log of 2nd Lt. John H. Glendinning available in “Sketches of lives of Kriegies in Oflag 64” (Thanks to Cynthia Burgess).
  • Memories of 1st Lt. O. L. “Brad” Bradford: "The Way It Was" available at www.oflag64.us.
  • Scan of Lt. Col. John Waters War Log (Thanks to James Sudmeier).
  • Sydney Smith, Wings' Day, 3rd edition by Pan Books Ltd., London, 1970.
  • Special thanks to David Glendinning for his comment regarding his father's diary entry.

Any additions, suggestions, corrections, or comments regarding Oflag 64 timeline are welcome.

© Mariusz Winiecki

6 paź 2015

Kalendarium Oflagu 64 - czerwiec/lipiec 1943


Nie ma zbyt wiele wpisów w znanych mi pamiętnikach byłych jeńców Oflagu 64 czy szczegółowych informacji w dostępnych publikacjach książkowych, na podstawie których można by odtworzyć pierwsze tygodnie życia amerykańskich oficerów w obozie. Jeden z wpisów w dzienniku podpułkownika Johna Watersa z datą 9 czerwca informuje o przybyciu grupy 149 Amerykanów. Była to wspomniana we wpisie „Roads to Oflag 64 – w drodze do Oflagu 64” grupa jeńców przytransportowanych z Oflagu IX A/Z w Rotemburgu.


Także opisane już wcześniej obchody Dnia Niepodległości  ’43 utrwalili w swoich pamiętnikach porucznik Otis “Brad” Bradford oraz podporucznik John Glendinning. Brad napisał (4/7/43) – „Całkiem ciekawy program obchodów 4 lipca – nasze pierwsze nabożeństwo poświęcone pamięci [poległych towarzyszy broni] w kaplicy. Dość niezła wyżerka (dla odmiany) rozgrywki w piłkę i wieczorny program okolicznościowy w mesie”, John zaś zanotował (4 lipca) – „Uroczystości -- capstrzyk [sygnał ku czci poległych] przywołał wspomnienia – nigdy bardziej jak teraz nie doceniałem jego rzewnej melodii i wieńców pamięci. Dobra kolacja. Zachowałem trochę jedzenia”.

Następnego dnia (5 lipca) John Glendinning oznajmił: „Przyjechał Szwajcar. Okazuje się, że Niemcy, przeciwnie jak twierdzili, nie wysłali telegramu z prośbą o żywność”. Tej notatce warto poświęcić więcej miejsca.

Łącznie w Oflagu 64 miało miejsce 5 oficjalnych wizyt szwajcarskiego wysłannika reprezentującego amerykańskie interesy: pierwsza i odpowiednio druga miały miejsce 5. lipca 1943 roku i 20. września (był to Fred O. Auckenthaler), kolejne trzecia i czwarta – 30. grudnia 1973 i 24. marca 1944 (Walter Brown) oraz ostatnia, piąta – 23. października 1944 (Albert A. Kadler). Miały miejsce również wizyty przedstawicieli z Czerwonego Krzyża oraz YMCA (Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej), ale te zostaną opisane później.

Sporządzony przez Auckenthalera raport z pierwszej wizyty donosi, że w obozie przebywa 211 jeńców, z czego 191 to amerykańscy oficerowie, w tym 8 lekarzy, 1 dentysta i 1 kapelan; oraz 38 żołnierzy o stopniu poniżej rangi oficera, z czego 18 to Brytyjczycy. Dowiadujemy się również, że zamieszkały przez jeńców jest jedynie duży murowany budynek, w którym oficerowie w zależności od rangi są zakwaterowani w pokojach po 4-6. lub 8., zaś podoficerowie są zakwaterowani niczym w bursie, po 24. w pokoju. Ordynansi w tym czasie spali w budynku szpitala, co zawężało liczbę łóżek dostępną dla chorych do jednej sali.



Dalej opisuje on warunki sanitarne jako słabe – toalety zniszczone i nie ma szamba. Informacja zawarta w kolejnym nawiązuje niejako do przytoczonej powyżej notatki Johna – „Posiłki przyrządzają Amerykanie, racje są małe i zachodzi potrzeba uzupełniania ich zawartością paczek żywnościowych z Czerwonego Krzyża. Na chwilę obecną jednak takich nie dostarczono. Możliwe było jedynie otrzymanie paczek z Brytyjskiego Czerwonego Krzyża dzięki uprzejmości jego brytyjskiego komendanta (BSO, Brytyjskiego Starszego Oficera) z sąsiedniego obozu. Było także kilka skarg związanych z działaniem wentylacji w kuchni zlokalizowanej w piwnicy jednego z budynków. Obiecano zaradzić temu problemowi. Bardzo źle wygląda sytuacja z odzieżą. Wielu oficerów otrzymało brytyjskie mundury w poprzednim obozie. Niemiecki rząd nie dostarczył żadnej odzieży. Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża został o tym poinformowany. Kantyna jest bardzo słabo zaopatrzona”.

Dalej Auckenthaler wspomina, że w obozie prowadzone są zajęcia rekreacyjne pomimo bardzo ograniczonej ilości odpowiedniego wyposażenia oraz o tym, że Amerykanie zostali ograniczeni w ten sposób, że nie mogą poruszać się po części terenu obozu odgrodzonej i oznaczonej napisem „wstęp wzbroniony” ze względu na środki bezpieczeństwa.

10. lipca John Waters krótko wspomniał – „Inwazja na Sycylię” [10.VII.1943 r. rozpoczęło się lądowanie aliantów na Sycylii, które zakończyło panowanie reżimu faszystowskiego we Włoszech].


W dzienniku Johna Glendinninga, z data 11. lipca można znaleźć powiązaną notatkę: „Mały polski malarz biegał tam i z powrotem z przodu budynku, jak obiecał zrobić, jeśli inwazja się rozpocznie.”, co daje również pogląd na to w jaki sposób Amerykanie porozumiewali się w lokalną ludnością okupowanego Szubina.

Pod koniec miesiąca, 28. lipca, Waters napisał: „Odkryliśmy tunel pilotów RAF-u”. Nie wiadomo który, ponieważ według Harry’ego Day’a, uczestnika oryginalnej „Wielkiej Ucieczki” ze Stalagu Luft III w Żaganiu oraz ucieczki z Szubina (5/6 marca 1943 r.), w Oflagu XXIB, piloci RAF-u kopali jednocześnie 6 większych tuneli i kilka tzw. krótkich tuneli (‘blitz tunnels’).


Odkrycie jednego z tuneli spowodowało prawdopodobnie wizytę Gestapo w dniu następnym, o czym wspomina John Glendinning we wpisie z datą 29. lipca. Najbardziej bezcenny jest jednak rozbrajający komentarz, który zapewne odzwierciedla powszechny stosunek Amerykańskich jeńców do Niemców: „Należyta przyzwoitość i nieognioodporny papier uniemożliwiły mi szczerą otwartość wobec tych nic nie wartych nikczemników”.

Sarkastyczne poczucie humoru tego niełatwego do bezpośredniego przetłumaczenia wpisu pomaga nam zrozumieć syn Johna, David Glendinning, w szczególności w kontekście użytego określenia – „non-asbestos paper”. Nie tylko dobre maniery powstrzymały jego ojca przed zapisaniem w mocnych i ostrych słowach tego, co miał naprawdę na myśli pisząc o wizycie Gestapo, ale również fakt, że papier, na którym pisze nie jest ognioodporny. „Non-asbestos paper” oznacza tutaj „nieognioodporny” w tym znaczeniu, że gdyby jego dziennik dostał się w ręce Gestapo, co było bardzo prawdopodobne podczas przeszukiwania obozu, mógłby okazać „bombą zapalającą”, a on za taki zbyt szczery wpis mógłby zostać potraktowany jako wichrzyciel.

Źródła:
  • Transkrypcja dziennika wojennego podporucznika Johna H Glendinninga zamieszczona w "Sketches of lives of Kriegies in Oflag 64" - wspomnieniach jeńców Oflagu 64 skompletowanych na dorocznym spotkaniu w Newport, Rhode Island, 1997 (podziękowania za udostępnienie dla Cynthii Burgess ).
  • Wspomnienia porucznika Otisa Bradforda: "The Way It Was" dostępne na stronie internetowej The Oflag 64 Association.
  • Skan dziennika wojennego podpułkownika John Waters (podziękowania za udostępnienie dla Jamesa Sudmeiera).
  • Sydney Smith, Wings' Day, Wyd. Pan Books Ltd., London, 1970.
  • Podziękowania dla Davida Glendinninga za komentarz wyjaśniający słowa jego ojca.
© Mariusz Winiecki
Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki

27 wrz 2015

Wspomnienia Sidney‘a Thala - Część 3: "Gromkie powitanie"


Omawialiśmy możliwości ucieczki i udało nam się uciec, czworgu z nas, w trakcie transportu z Oflagu 7B do Oflagu 64. Wyskoczyliśmy z okna pociągu na ostatniej stacji przed Poznaniem. Niestety, byłem ostatnim w kolejności i odłączyłem się od pozostałych. Zostali oni złapani następnego dnia, ja zaś mogłem cieszyć się wolnością 3 dni dłużej, zanim też zostałem ponownie złapany. Od pewnego Polaka w podeszłym wieku otrzymałem pomoc. Nakarmił mnie i ukrył, a nawet przekonał swoją siostrę, żeby spróbowała mnie skontaktować w Poznaniu z kimś, kogo adres otrzymałem od Brytyjczyków. Niestety kontakt nie był aktualny, więc pozostało mi liczyć tylko na siebie. Tego wieczoru wyruszyłem piechotą w kierunku Gdyni.

Po nieudanej próbie kradzieży roweru szedłem dalej aż do zmierzchu. Gdy mijałem jakąś małą wieś w końcu zdecydowałem ukryć się na noc w stodole i przenocować na sianie. Nikt mnie nie nakrył, więc jeszcze tej samej nocy wyruszyłem w dalszą drogę. Zanim opuściłem stodołę, wydoiłem krowę i napiłem się przepysznego ciepłego mleka. Po godzinie dostałem rozwolnienia. To upokarzające doświadczenie trwało kilka godzin. Dość wyniszczające. Szedłem dalej przez resztę nocy, ale ktoś musiał mnie widzieć, bo zostałem wkrótce dogoniony przez jakiegoś mężczyznę jadącego konno. Najechał na mnie raniąc mnie w plecy, po czym zabrał mnie do powrotem do najbliższej wsi do domu wójta. Wkrótce pojawił się żandarm, który zabrał mnie do aresztu. Dziękując wójtowi za jego życzliwość wręczyłem mu kilka papierosów oraz czekoladę dla jego szesnastoletniej córki. Niestety nie pamiętam nazwy tej wsi. Stąd kapitan policji zabrał mnie do Szubina do Oflagu 64.

Kiedy eskortowano mnie ze stacji kolejowej przez miasto, wszyscy ludzie oglądali się za nami. Gdy zbliżyliśmy się do obozu, a strażnicy prowadzili mnie w kierunku do celi [izolatki znajdującej się po poza obozem, po drugiej stronie ulicy], w której przebywało już trzech moich współuciekinierów, wszyscy moi kompani stali w rzędzie [za drutem kolczastym] krzycząc i wiwatując. Przyznam, że miałem mieszane uczucia. Dopiero później dowiedziałem się, że powinienem był spróbować skontaktować się z jakimś księdzem, kiedy miałem ku temu sposobność, gdyż wielu uciekinierów otrzymywało pomoc ze strony Kościoła w odzyskaniu wolności.

W ciupie dostałem jedzenie i książkę, miałem też odwiedziny, a fakt, że byli tam ze mną moi przyjaciele: Frank Aten, John Pearson i Bill Duckworth znacznie poprawił mój nastrój.

W Oflagu 64 byliśmy niewielką grupą przybyłą z Oflagu 7B – było nas zaledwie dwudziestu dwóch. Ku mojemu zaskoczeniu, w chwili mojego przybycia w dniu 6 czerwca 1943 roku, było tu już wielu moich kompanów, których zwieziono z innych obozów w Niemczech. Był to najwyraźniej jedyny obóz jeniecki przewidziany dla amerykańskich oficerów piechoty. Dwa tygodnie później zostaliśmy zwolnieni z aresztu, czemu towarzyszyło gromkie powitanie pozostałych towarzyszy broni, i przedstawieni Pułkownikowi Drake’owi – naszemu komendantowi obozu. Ten pełnoprawny pułkownik, dumnie i okazale wyglądający mężczyzna, okazał się być prawdziwym przywódcą i zapewnił nam możliwie najlepsze warunki, jakie można było mieć w zastanych okolicznościach. Tęskniłem za wolnością!!

***


Nawiasem mówiąc – Niemcy cały czas poszukiwali tuneli. Tak się składa, że współtworzyłem plan tunelu, do którego wejście było w latrynie w umywalni i którego ostatecznie nie użyliśmy do ucieczki. Całą ziemię z kopanego tunelu składowaliśmy na stropie pod dachem. Mogliśmy pracować tylko w nocy. Główne wejście do obozu było pod ciągła obserwacją. Jeden obserwator czatował w łazience, na trzecim piętrze w głównym budynku. Drugi natomiast w naszym baraku. Sygnałem do zaprzestania wszelkich działań było zapalenie świecy w oknie.

***

Lou Otterbein był naszym głównym rzemieślnikiem, złota rączką, który własnoręcznie wykonał nie tylko wszystkie rekwizyty teatralne, ale także wszelkie narzędzia pomocne przy kopaniu. Wszystko było wykonane z puszek [po mleku w proszku] czy innych zużytych rzeczy. Wykonał oświetlenie i reflektory z puszek, miechy służące do dostarczenia powietrza do tunelu oraz pompę do usuwania wody z rząpia tunelu. Również tory i wózki do wywożenia ziemi. Do wykonania miechów użył skóry ze starych butów.

***

Dr John Creech, po wojnie mianowany dyrektorem Narodowego Arboretum w Waszyngtonie, był odpowiedzialny za nasz ogród warzywny w Oflagu 64. Pułkownik John K. Waters, był zięciem Generała Pattona. Amon Carter, odpowiedzialny za dystrybucję naszych paczek, był synem najzamożniejszego człowieka w Teksasie w tamtym czasie. Jego ojciec przyleciał specjalnie do Europy [prywatnym samolotem], żeby odebrać swojego syna po odzyskaniu przezeń wolności, wraz z innymi jeńcami pochodzącymi z Teksasu, którzy oczywiście byli z nim bliżej. Tom Jones był bratankiem Jesse Jones’a – bankiera, szefa rady nadzorczej Reconstruction Finance Corporation z nominacji Prezydenta Franklina D. Roosevelta.

© Sidney Thal
Edited by Mariusz Winiecki
Special thanks for Cheryl Ellis, for corrections on her father's story

Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki




25 wrz 2015

Sidney Thal’s Story - Part 3: "The tumultuous welcome"


We discussed escape opportunities and we were able to escape, 4 of us on the trip from 7B to 64. We jumped out of the train window at the last station before Poznan. Unfortunately, I was last out and became separated from the others. They were recaptured the next day, but I was out of for 3 more days before I was recaptured. I was able to get help from an elderly Pole who fed me, hide me and even used his sister to try a contact in Poznan the British had given to me. The contact was gone, so I was on my own. That evening I began walking to Gdynia.

After a futile attempt to steal a bicycle I walked til dawn. I passed though one small village and finally decided to hide in a barn in the hayloft. I was undiscovered in the barn and that night started walking again. I milked a cow for some delicious warm milk before I left the barn and within an hour I begin suffering from diarrhoea. It was a humiliating experience for several hours. Quite debilitating! I walked all night and someone had seen me, because I was recaptured by a man on horseback. He ran me down with his horse, injured my back and walked me back to the nearest village to the mayor’s house. A policeman arrived and took me to the jail. I thanked the mayor’s, gave him some cigarettes and chocolate for his 16 yr old daughter for his kindness for me. Unfortunately I don’t remember the name of the village. From there the Police captain took me to Szubin to Oflag 64.

When I walked through the town from the train station everybody was watching us. As I reached the camp everybody was lined up shouting and applauding as I was led to the guard house to a cell where other 3 were also jailed. Mixed emotions were rampant. It wasn’t until later that I learned that I should have tried to contact a priest when I had the opportunity. Many escapees were helped by the church all the way back to freedom.

Once in a jail at the camp I received food, books, visits and comfort with my friends Frank Aten, John Pearson and Bill Duckworth.

We were only a small group from 7B, 22 of us. But my arrival on June 6, 1943 was a surprise to me so many more that preceded us from other camps in Germany. This, evidently, was the only officer camp for ground forces POWs. We were all released from jail together in two weeks to a tumultuous welcome by the others and introduced to Col. Drake our Camp Commander. A full colonel and haughty, splendid looking man. He turned out to be a real leader and made life at least the best possible under conditions.
It doesn’t take long to accommodate oneself to camp life. Everything was so limited and orderly by the time we got out of jail that it was easy to fit in. Freedom felt so good!!!

***
By the way – the Germans were always searching for tunnels. I was the person who formed the tunnel plan that would have been unsuccessful under the pot in the washroom. All the dirt we removed was stored in the crawl space under the roof. We could only work at night. We had spotters watching the front gate at all times. One was in the bathroom, on the third floor of the main building. The second was in our barracks. The signal to suspend all activities was simply a lighted candle in the window. 

***

Lou Otterbein was our main craftsman who made all of our theater props, as well as, escape tools and aids. Everything was made of out tin cans and scraps. He made the floodlight + reflectors out of tin cans, a bellows to supply air in the tunnel, and the suction to remove water from the sump in the tunnel. The tracks and the carts for the dirt removal. Old shoe tops were used to make the bellows.

***
Dr. John Creech was later named chief of US National Arboretum in Washington, D.C. He was in charge of all of our vegetable gardens in Oflag 64. The son-in-law of General Patton was Col. John K. Waters. Amon Carter, in charge of our parcel hut was the son of the wealthiest man in Texas at that time. Tom Jones was the nephew of Jesse Jones – the chief of the manpower program of the U.S. for the war effort. As fact of history Amon Carters’ father flew to Europe to pick up his son when he was finally liberated, as well as, others from Texas who were more with Amon.


© Sidney Thal
Edited by Mariusz Winiecki
Special thanks for Cheryl Ellis, for corrections on her father's story.

18 wrz 2015

Wspomnienia Sidney‘a Thala - Część 2: "Z Tunisu do Oflagu 7B"

Sidney Thal (1940/41)

Wyjazd nastąpił bladym świtem. Gdy tylko wyruszyliśmy na horyzoncie pojawiły się nadlatujące 3 [amerykańskie albo alianckie] myśliwce. Natychmiast rozkazałem wszystkim ściągnąć podkoszulki i machać nimi, żeby piloci rozpoznali w nas Amerykanów i nie strzelali do nas. Gdy przelatywali nad nami pomachali skrzydłami dając nam w ten sposób znak, że odebrali sygnał. Przy okazji spuścili kilka bomb na jadący nieopodal kordon niemieckich pojazdów niszcząc wszystkie i odlecieli dalej w kierunku pobliskiej drogi ostrzeliwując poważnie jadące nią pojazdy. Po drodze do Sfax, gdzie czekał na nas pociąg, mijaliśmy wiele palących się samochodów. Ze Sfax pojechaliśmy do Sousse i następnie do Tunisu.

W Tunisie byliśmy przesłuchiwani. Podzielonych na niewielkie grupy oficerów odpytywało Gestapo. Rozmowa trwała zaledwie kilka minut. Pytali głównie o informacje na temat broni zwanej BAZOOKĄ! – przeciwpancernej broni, którą testowałem w Kasserine Pass. Miałem za zadanie określić wielkość siły rażenia podczas ostrzału z niewielkiej odległości. Nie był satysfakcjonujący, bez względu na odległość od czołgu. Podczas biwaku w Old Point Comfort w Wirginii miało miejsce zebranie wszystkich oficerów, podczas którego dowiedzieliśmy się, że w naszych szeregach została odkryta i zdekonspirowana siatka szpiegowska. Zostali oni aresztowani i uwięzieni, ale zdążyli wysłać kopie naszych akt osobowych [201 files*] do Niemiec. Aktami tymi dysponowali Niemcy w trakcie przesłuchań w Tunisie. Po przesłuchaniu długo jeszcze o tym rozmawialiśmy, po czym odlecieliśmy JU52 do Neapolu. Dotarliśmy tam krótko po bombardowaniu przez amerykańskie siły powietrzne. Zostaliśmy załadowani na ciężarówki i wąskimi uliczkami Neapolu pojechaliśmy do obozu jenieckiego, bardzo dużego obozu jenieckiego, na przedmieściach Neapolu – w Kapui.

Tuż po przyjeździe otrzymaliśmy paczkę żywnościową z Czerwonego Krzyża – pakiet przetrwania, który pozwalał nam jako jeńcom jakoś przeżyć bez większego głodu. Zawierała puszkę peklowanej wołowiny, puszkę z konserwą mięsną i puszkę sardynek. Pięć najcudowniejszych paczek papierosów. Puszkę mleka w proszku, puszkę skondensowanego mleka, pudełko rodzynek (czasem suszonych śliwek), cztery uncje rozpuszczalnej kawy Nescafe, pół funta cukru w kostkach i tabliczkę czekolady. Wkrótce odkryliśmy, że handel papierosami, kawą i czekoladą z Niemcami (jak i z Polakami) pozwalał pozyskać nam inne produkty, które były zabronione. [Później w Oflagu 64] wraz Jimem McAreneyem otworzyliśmy nawet sklep w piwnicy obozowego szpitala i głównej łaźni, by handlować wymiennie naszymi zapasami papierosów za inne dobra otrzymywane w paczkach z domu, jednak gdy skończyły się papierosy, został tylko sklep. SPLAJTOWALIŚMY!

Z Kapui we Włoszech wagonami do transportu bydła przewieziono nas do Stalagu 7A [w Murnau], w pobliży Monachium. Podróżowaliśmy 3 dni przez Przełęcz Brenner do włoskiego Tyrolu (przepiękny). Byliśmy upchani po około 80 osób w każdym z wagonów. Po dotarciu na miejsce wszyscy cierpieliśmy na czerwonkę. W Stalagu 7A zostaliśmy odwszeni, mogliśmy się wykąpać, zostaliśmy nakarmieni, a także dostaliśmy pierwsze lekarstwo na dyzenterię, dzięki czemu szybko wróciliśmy do zdrowia. Tu spotkaliśmy po raz pierwszy jeńców francuskich, radzieckich, a także innych naszych sojuszników.

Ze Stalagu 7A przeniesiono nas po tygodniu do Oflagu 7B w Eichstätt (nie mylić z Eichstädt) w Południowej Bawarii. W obozie tym było tysiące Brytyjczyków i Kanadyjczyków (i żołnierzy z wielu innych krajów Wspólnoty Narodów) wziętych do niewoli pod Dunkierką. Kanadyjczycy w odwecie za krępowanie Niemców złapanych podczas bombardowania Dieppe (jak i wcześniejszych kanadyjskich bombardowaniach wzdłuż kanału od Doker) byli skuci kajdankami. Obóz 7B był dobrze zorganizowany i tam nauczyliśmy się jak zorganizować się w Oflagu 64. Tamtejsi jeńcy nauczyli nas jak współpracować i negocjować z Niemcami, jak otwierać zamki, jak handlować ze strażnikami. Poznaliśmy też wartość różnych dóbr, którymi można było się wymieniać. Nauczyliśmy się jak zarządzać naszym obozem, oraz dowiedzieliśmy się o rozmaitych możliwościach podejmowania ucieczek i jak ogólnie egzystować w niewoli.

Uraczyli nas też programem artystycznym zawierającym elementy historii i kultury brytyjskiej, za co w rewanżu wszyscy w liczbie 22. postanowiliśmy przedstawić im program okolicznościowy związany z Dniem Niepodległości 4. lipca, pomimo, że był dopiero maj. Wiedzieliśmy, że przed lipcem przeniosą nas do innego miejsca, więc zdecydowaliśmy odwdzięczyć się odrobiną naszej Amerykańskiej tradycji i wykonaliśmy nasz największy hit “Yankee Doodle Dandy” zostawiając dobre wrażenie naszej przyjaźni. Dzięki tej przyjaźni i ich dobrym radom skutecznie uciekliśmy, czterech z nas, z pociągu wiozącego nas do Oflagu 64.



* 201 files – dokumenty (akta) żołnierza sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych opisujące jego karierę wojskową, przebieg edukacji w cywilu, jak również zawierający informacje osobiste.

© Sidney Thal
Edited by Mariusz Winiecki
Special thanks for Cheryl Ellis, for corrections on her father's story

Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki 


Sidney Thal’s Story - Part 2: "From Tunis to Oflag 7B"

Sidney Thal (1940/41)

This trip was started as soon as it was day light. Shortly after we started a flight of 3 fighters appeared in a distance. I immediately ordered everyone to pull off their undershirts to wave to indicate we were Americans so the pilots would not shoot at us. When they flew over us they rocked their wings to let us know they caught the signal. But they dropped their bombs on a German motor pool nearby destroying everything. Then they flew down the near highway shooting up the traffic very badly. We passed many burning vehicles on our way to trains waiting to take us to Sfax. From Sfax we went to Sousse and then to Tunis.

Once in Tunis they took us to a camp for interrogation. We were put in small groups in a series of officer and then question by the Gestapo. The interview lasted only a few minutes. The main question was the information about the weapon called the BAZOOKA! – an anti-tank weapon which I had tested while at Kasserine Pass. My test of the weapon was made to determine the amount, if any, about the percussion effect when fired at close range. There was none, no matter how, close to the tank! When we were in bivouac in Old Point Comfort in Virginia we had a meeting for all officers to learn that a spy ring had been discovered and exposed. They were all arrested and jailed but they had looted a lot of information before discovery and sent copies of our 201 files to Germany. Those files were in the hands of the Germans when they questioned us in Tunis. We discussed it for hours after interrogation and flown in JU52's to Naples, Italy. We arrived shortly after a bombing by the Americans air force. We were loaded into trucks and driven through the narrow streets of Naples to a prison camp, a very large camp, in the suburbs of Naples – Capua.

Shortly after we arrived we were issued a Red Cross pack of food – our survival package that kept us from starvation for our life as a POW. It contained a can of corned beef, a can of PREM, a can of sardines. The most wonderful 5 packs of cigarettes, a one pound can of whole powdered milk, a can of condensed milk, a pound box of raisins (sometimes prunes) 4oz. can of Nescafe powder coffee, ½ pound of sugar cubes, a 6 oz. bar of chocolate square. Later we discovered the trading value of cigarettes, coffee and chocolate with Germans (and the Poles) which were used as much as possible to get other things that were “verbotin” (properly in German: ‘verboten’ = 'forbidden'). [Later in Oflag 64] I also, with Jim McArevey, opened a store in the basement of the camp hospital and shower center to barter our stock of cigarettes for goods from home. As soon as our cigarettes were gone, so was the store. OUT OF BUSINESS!

From Capua, Italy, we were loaded in cars used to ship cattle, to Stalag 7A [in Murnau], near Munich, We had traveled 3 days. We went through the Brenner Pass into the Italian Tyrol (beautiful), stuffed 80 of us in Each car. When we finally arrived we were all suffering from dysentery. We were deloused, bathed and fed in 7A and given our first medicine for dysentery. We all recovered quickly. Here we were introduced to our first meetings with French, Russian and other POWs from other Allied nations.

From Stalag 7A we were moved, after a week, to Oflag 7B in Eichstätt, Southern Bavaria. This was a camp of several thousand British and Canadian's captured in Dunkirk (and many other commonwealth soldiers). The Canadian were all in handcuffs as a reprisal for tying up the Germans captured in the Dieppe raid (an all Canadian raidearlier across the channel from Dover). The camp 7B was well organized and from them we learned how to run our camp at Oflag 64. They taught us how to deal and negotiate with Germans, how to pick locks, how to trade with guards and value of goods for exchange. We have learned how to operate our camp, about the escape possibilities and how to subsists in camp activity.

They provided us with a show that was an all British story and we, 22 of us, decided to put on a 4th July show for them, even though it was May. We knew we would be leaving before July, so we decided to reciprocate with a little Americana. We did our “Yankee Doodle Dandy” best-made a big hit and left behind a good impression of our friendship. Through their friendship and advice we escaped, 4 of us, from the train on the way to Oflag 64, successfully.


© Sidney Thal
Edited by Mariusz Winiecki
Special thanks for Cheryl Ellis, for corrections on her father's story

14 wrz 2015

Wspomnienia Sidney‘a Thala - Część 1: "Gwałtownie wstrzymany atak"

Mój ojciec urodził się w Smile w Rosji (obecnie Ukraina, PL: Smiła, Ukr: Смiла, Rus: Смела), natomiast matka pochodziła z Rhode Island. Na świat przyszedłem 3. października 1918 roku jako czwarty z pięciu synów, przy czym rodzice moi nie doczekali się córki. Pracowali oni wspólnie w firmie ojca przez wiele lat, aż do jego śmierci w 1936 roku, która nastąpiła z powodu zapalenia otrzewnej. Moja matka zmarła w 1977 roku na białaczkę.

Ojciec wyemigrował do Ameryki jako młody chłopiec i rozpoczął terminowanie u mistrza rzeźnickiego niedaleko Filadelfii. Jego rodzina w Rosji specjalizowała się w garbarstwie, więc był on także doświadczonym wykrawaczem mięsa. Wkrótce został wykwalifikowanym klasowaczem mięsa.

Po swoim ślubie w 1906 roku ojciec otworzył mały sklep masarski w południowej Filadelfii. Po kilku przeprowadzkach do coraz to większych sklepów w 1927 roku założył w Chester w stanie Pensylwania, swój najlepszy i jak się okazało ostatni sklep, w którym my, wszyscy synowie z wyjątkiem najmłodszego, pomagaliśmy mu po lekcjach w szkole.

Krótko po jego śmierci, we wrześniu 1936 roku, matka sprzedała dom i wysłała mnie wraz z najmłodszym bratem do Pennsylvania Military College, szkoły z internatem w Chester, która miała dwa oddziały – liceum oraz uczelnię wyższą. Ukończyłem ją w czerwcu 1937 roku i następnie rozpocząłem pracę w sklepie prowadzonym przez starszego brata, Leonarda, w Filadelfii. W 1936 roku mój starszy brat, Edward, za pieniądze pożyczone od matki wyjechał do Miami Beach i zaczął trudnić się hotelarstwem, więc w styczniu 1938 roku wyjechałem również na Florydę, by pracować razem z bratem aż do czasu, kiedy to w październiku 1940 roku wstąpiłem do Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych. Zaciągnąłem, gdyż byłem przekonany, że wojna z Niemcami niechybnie nastąpi.

Doświadczenie zdobyte w Pennsylvania Military College okazało się wyjątkowo pomocne, ponieważ już drugiego dnia awansowałem do stopnia kaprala. Byłem odpowiedzialny za 800 nowych rekrutów, których uczyłem prawa wojskowego, jak maszerować, a także byłem odpowiedzialny za ich codzienny rozruch fizyczny. Dwa tygodnie później byliśmy już w drodze do Puerto Rico, gdzie przez trzy miesiące byłem radiotelefonistą oraz celowniczym karabinu maszynowego na bombowcu XB-28 stacjonującym w Borinquen Field.

W styczniu 1942 przeniesiono mnie do Fort Benning w stanie Georgia, gdzie awansowany zostałem na porucznika piechoty. Kiedy ukończyłem szkołę oficerską, w maju 1942 roku, wybrałem 9. Dywizję Piechoty w Fort Bragg w Stanie Karolina Północna.

Ćwiczyliśmy tam desant morski i podczas jednego z takich „próbnych lądowań” przeprowadziliśmy inwazję na Północna Afrykę!!! Wylądowaliśmy 7 listopada 1942 roku w Maroko na plaży w Safi, około 50 mil na południe od Casablanki. Lądowanie było bardzo krótkie, operacja trwała jakieś pięć godzin przy niewielkim oporze i ku wyraźnym zadowoleniu żołnierzy francuskich.. Z Safi zostaliśmy wysłani do Przełęczy Kasserine. Byłem wówczas oficerem łączności 2. batalionu – nadal w randze podporucznika.

   http://liberationtrilogy.com/books/army-at-dawn/maps-from-an-army-at-dawn/
Kliknięcie na mapę przeniesie czytelnika do anglojęzycznej strony "The Liberation Trilogy", gdzie można zapoznać się z jej interaktywną wersją oraz prezentacją na temat przebiegu Operacji Pochodnia, Inwazji i walk aliantów w Afryce Północnej.
Mapa pochodzi z książki Ricka Atkinsona "An Army at Dawn: The War in North Africa, 1942-1943, Volume One of the Liberation Trilogy" (Wydawca: Holt Paperbacks; 2007)
© Rick Atkinson, za zgodą.


Trzy tygodnie później wzięliśmy udział w wielkim ataku na El Guettar w Tunezji , gdzie trafiłem do niewoli. W bitwie wzięły udział 3 amerykańskie dywizje, w tym nasza, a był to atak nocny. Szlak był tak wąski, że musieliśmy iść gęsiego (w odstępach co pięć kroków). Nasze cztery kompanie utworzyły linię długości 4000 jardów. Pierwszy atak Niemców nastąpił podczas przerwy na odpoczynek. Ciężki ogień maszynowy i towarzyszące mu setki błysków rozgorzały nagle w jednej chwili po czym nastąpił atak moździerzy i artylerii. Ciężki ogień zaporowy.

Atak został wstrzymany w jednej chwili. Słońce właśnie wschodziło nad horyzontem. Pułkownik Gershenow* rozkazał mi dowiedzieć się, czemu zostaliśmy zatrzymani. W ciągu pięciu minut dotarłem do czoła zaatakowanej kompanii i zorientowałem się, że znaleźli się naprzeciw baterii artylerii, blisko, przyparci do muru. Kiedy wróciłem żeby o tym zameldować, pułkownika Gershenowa już nie było. Z powodu silnego ostrzału droga powrotu została odcięta. Wyczołgałem się więc z linii ognia dla bezpieczeństwa i pobiegłem do Porucznika Craiga Campbella* (który był aide-de-camp** Generała Einsenhowera). Znaleźliśmy krater po wybuch pocisku artyleryjskiego, w którym ustawiliśmy nasz punkt ognia. Po kilku godzinach jednak zabrakło nam zarówno amunicji jak i wody. Słońce było wysoko, a jęki rannych dookoła nas sprawiły, że zaczęliśmy rozważać możliwość poddania się, co też w końcu zdecydowaliśmy się zrobić.

Przywiązałem chustę do lufy karabinu i pomachałem nad naszymi głowami. Ogień ustał, po czym dwóch Niemców, którzy stali nieopodal ruchem ręki nakazało nam iść w swoim kierunku. Zebraliśmy po drodze kilku naszych rannych i zostaliśmy przejęci jako jeńcy wojenni. Niemcy wówczas zebrali rannych, którymi niezwłocznie zaopiekowali się ich lekarze. Wszyscy zostaliśmy opatrzeni, przeszukani i rozbrojeni – następnie oznaczeni i pod obstawą odprowadzeni do ciężarówek. Wkrótce w liczbie około 150 jeńców podążaliśmy konwojem trzech ciężarówek w nieznanym kierunku.

Zostaliśmy zabrani do miejsca gdzie w spartańskich warunkach, pilnowani przez żandarmów uzbrojonych w karabiny maszynowe, spędziliśmy noc. Każdy z nas zastanawiał się co nastąpi dalej, a niestety najgorsze obawy zawsze dotyczą tego, co nieznane. Było wśród nas, na szczęście, kilku znających język niemiecki, którzy tłumaczyli wszelkie komunikaty. Według uzyskanych informacji zmierzaliśmy do Tunisu – stolicy Tunezji. Rankiem podążyliśmy w dalszą drogę.



* Podpułkownik Louis Gershenow był jeńcem w Oflagu 64.
* Porucznik Craig Campbell był jeńcem w Oflagu 64.

**Aide-de-camp - asystent lub sekretarz osoby wysokiej rangi, zwykle starszych stopniem wojskowych, członków rodziny królewskiej czy głów państwa. Nie należy mylić z adiutantem, który jest administratorem jednostki wojskowej. Aide-de-camp jest przede wszystkim osobistym asystentem.



© Sidney Thal
Edited by Mariusz Winiecki
Special thanks for Cheryl Ellis, for corrections on her father's story

Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki