Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wersja polskojęzyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wersja polskojęzyczna. Pokaż wszystkie posty

23 paź 2019

Potomkowie amerykańskich jeńców wojennych wraz z polskimi historykami utworzą muzeum w miejscu dawnych baraków jenieckich Oflagu 64 w Szubinie.




Szubin, 23 października 2019. Polsko-Amerykańska Fundacja Upamiętnienia Obozów Jenieckich w Szubinie przybliży doświadczenia tysięcy alianckich jeńców wojennych więzionych przez Niemców w tej niewielkiej miejscowości w północno-zachodniej Polsce. Badania naukowe prowadzone przez fundację, jej działania edukacyjne i projekty upamiętnienia, ukierunkowane będą na ich historię, jak również na historię Polaków, którzy ryzykowali życiem, aby im pomóc. Przyszłe muzeum powstanie na miejscu ostatniego pozostałego murowanego baraku dla jeńców wojennych. Będzie przedstawiało w szczegółach codzienne życie w obozie podczas wojny, która otaczała zarówno jeńców, jak i tych, którzy ich więzili. 

Nowo utworzona Nowo utworzona fundacja z siedzibą w Szubinie powstała w wyniku wieloletniej współpracy między potomkami amerykańskich jeńców wojennych przetrzymywanych w Szubinie a lokalnymi polskimi ekspertami. To partnerstwo zostało zbudowane na bazie ponad siedemdziesięciu lat indywidualnych przyjaźni między samymi byłymi jeńcami a ludnością Szubina.

Szkic Oflagu 64 narysowany przez amerykańskiego jenca Jamesa Bickersa około 1944.

Córka byłego jeńca wojennego Wilbura Blaine’a Sharpe’a, Cindy Sharpe Burgess, jest założycielką organizacji. Obecnie 97 letni Wilbur Sharpe był więźniem w latach 1943–1945 i zauważa: „Doświadczyliśmy wielu cierpień, ale wytrwaliśmy najlepiej, jak potrafiliśmy. To doświadczenie pozostawiło ślad w naszych sercach i umysłach, wzmacniając nasz charakter i determinację nawet gdy kontynuowaliśmy nasze życie po wojnie. Wielu polskich obywateli ryzykowało życiem, aby nam pomóc. Jesteśmy im na zawsze wdzięczni za ich akty odwagi”.

W latach 1939–1945 Niemcy więzili w Szubinie jeńców wojennych z wielu krajów alianckich takich, jak Polska, Francja, Brytyjska Wspólnota Narodów, ZSRR i USA. W tych latach Niemcy zmieniali nazwę obozu zgodnie z jego funkcją: Stalag XXI-B, Oflag XXI-B i – dla oficerów armii amerykańskiej – Oflag 64.


 Niemieccy oficerowie przy wejściu do Oflagu XXI-B w Szubinie.

Historia tych obozów obejmuje skrajny głód, wyjątkowo niskie temperatury i udrękę pozbawienia wolności. Jeńcy walczyli zza drutu kolczastego, za broń mając tajne radio, kopanie tunelu czy też komunikację z polskim podziemiem i alianckim wywiadem wojskowym. W obliczu Niemców, jeńcy starali się zawsze mieć jakieś zajęcie i dbać o jak najlepszą formę poprzez działania takie jak drużyny sportowe, prasa obozowa oraz programy teatralne i muzyczne. Wielu jeńców twierdziło potem, że swoje psychiczne i fizyczne przetrwanie zawdzięczają tym właśnie działaniom oraz paczkom i żywności wysyłanym przez YMCA i Międzynarodowy Czerwony Krzyż.

Amerykańscy członkowie Fundacji to potomkowie byłych jeńców wojennych Oflagu 64: Przewodniczący Rady Fundacji Pat Waters, syn podpułkownika Johna Watersa (i wnuk generała George'a S. Pattona); Tom Cobb, syn podporucznika George’a Cobba; Susanna Bolten Connaughton, córka podporucznika Seymoura Boltena i Marlene Thompson McAllister, córka porucznika Roberta T. Thompsona. Członkami polskimi są Prezes Zarządu Fundacji Mariusz Winiecki, lokalny ekspert ds. obozów jenieckich w Szubinie oraz dr Jan Daniluk, historyk i badacz II wojny światowej i historii jeńców wojennych w obozach na terenie okupowanej Polski.

Aby dowiedzieć się więcej i wesprzeć Fundację, odwiedź http://www.szubinpowcamps.org

10 cze 2019

Niezwykły Dzień D w Oflagu 64

Susanna Bolten Connaughton

Popołudniowy nagłówek „Biuletynu Codziennego”, 6 czerwca 1944. Oflag 64 Papers, U.S. Army Heritage & Education Center

6 czerwca 1943 roku, dokładnie rok przed Dniem D, po trzydniowej podróży w zamkniętych wagonach towarowych pierwsi amerykańscy jeńcy wojenni Oflagu 64 dotarli do Szubina. Trzydziestu pięciu mężczyzn wytoczyło się ze swojego więzienia na kółkach i, pomimo dyzenterii i wyczerpania, przeszło niemal 3 kilometry do celu ich podróży. Dwa dni później i kilka godzin po swoim przyjeździe mój ojciec, podporucznik Seymour Bolten napisał między liniami swojego niewielkiego dziennika: „(…) odbyliśmy miłą podróż – pod czujnym okiem strażników”.

Rok później, 6 czerwca 1944 roku, z dala od plaż Normandii, pięciuset czternastu jeńców Oflagu 64 dokonało swojego własnego wywrotowego ataku. Wśród ich uzbrojenia znalazły się sekretne radio, tak zwany „Ptaszek”, wyjątkowe pomysły Komitetu Rozrywkowego i wysiłek niewielkiej grupy jeńców, którzy pomagali podtrzymywać morale i zapewniali przepływ wiadomości i tajnych informacji.

Jak wiadomo już czytelnikom tego bloga, podporucznik J. Frank Diggs, były reporter „Washington Post”, poprosił i otrzymał zgodę na publikowanie mającej wychodzić co miesiąc obozowej gazety. Nazwał ją „Oflag 64 Item”. Była to lekka czterostronicówka donosząca o obozowych przedstawieniach, wykładach i wydarzeniach sportowych.

Aby oficerowie w niewoli mogli pisać do domu, Niemcy wydawali im dwa formularze listowe i cztery pocztówki na tydzień. Ich korespondencja była czytana zarówno przez niemieckich, jak i amerykańskich cenzorów.

Oprócz miesięcznika „Item” jeńcy czytali również jednostronicowy arkusz wielkości plakatu, który skupiał się na wiadomościach wojennych. Jeden z jeńców, Larry Allen,  korespondent wojenny Associated Press i laureat nagrody Pulitzera, został jego pierwszym redaktorem i nazwał go „Nagłówki z AP”. Arkusz podpisywał „Biuro AP w Szubinie”.


Papier, długopisy i ołówki przychodziły z YMCA. Wiadomości pochodziły z dostarczanych przez Niemców gazet i magazynów publikowanych po angielsku i niemiecku przez nazistowskie Ministerstwo Propagandy w Berlinie oraz z jego angielsko i niemieckojęzycznych audycji radiowych nadawanych przez głośniki Oflagu 64.

Ekipa „Nagłówków z AP”. (Od lewej do prawej) Pierwszy rząd: Feldman, Long, Bolten. Z tyłu: Rossbach, Allen.

Mój ojciec, jeden z obozowych tłumaczy, tłumaczył z niemieckiego dla Allena, a razem z nim tłumaczył niemiecką propagandę. Wplatali w nią aktualizacje z „Ptaszka”, jednak na tyle dyskretnie, aby nie zdradzić ich pochodzenia.

Jeniec Dave Englander, inny z przedwojennych i powojennych dziennikarzy napisał później: „Porucznik Seymour Bolten, młody absolwent Uniwersytetu Nowojorskiego (…) miał doskonałą zdolność wynajdywania dobrych wiadomości w gąszczu niemieckiej propagandy.”

 Obozowa kenkarta mojego ojca.

Czasami, gdy wiadomości Allena zbyt sprzyjały aliantom, Hauptman Zimmerman, nazistowski oficer bezpieczeństwa wysyłał Allena na kilkudniową odsiadkę w izolatce. Starszy stopniem oficer amerykański, pułkownik Drake protestował, Allen był wypuszczany i z powrotem wracał do pisania. Po kilku miesiącach takiego cyklu Niemcy odesłali Allena do Stanów Zjednoczonych. Ze względu na jego pracę dziennikarską, pułkownik Drake zrobił wszystko, aby Larry Allen stał się jednym z niewielu cywilów, którzy otrzymali odznaczenie Brązowej Gwiazdy.

Frank Diggs zmienił nazwę arkusza wiadomości na „Biuletyn Codzienny” i nadał mojemu ojcu tytuł Redaktora Tłumaczącego. Pokój 18 „Białego Domu” stał się obozowym newsroomem, dzielonym zarówno przez „Biuletyn Codzienny”, jak i „Item”. Rysownicy map, spadochroniarz, porucznik Charles Posz i czołgista, podporucznik George Durgin, wyrysowali atramentem elegancką mapę sytuacyjną wielkości kart notatnika, aby zilustrować linie bojowe przemarszu wojsk i czołgów. Pomysłowy Durgin poczernił tusz mieszając go z sadzą, którą zeskrobał ze spodu nieskutecznych  ceramicznych grzejników barakowych. Używali tępego czerwonego ołówka, aby rysować, wymazywać i ponownie rysować zmieniające się ciągle fronty walk, wklejając, zdejmując i ponownie wklejając ich mapę sytuacyjną.

Dwa razy dziennie jeńcy ustawiali się przed przed tablicą ogłoszeń w „Białym Domu” znajdującą się przed kantyną, aby przeczytać „Biuletyn Codzienny” około południa wywieszano aktualizacje z niemieckich gazet, a około dziewiętnastej z niemieckich audycji radiowych. Redaktor artystyczny porucznik Ken Goddard stworzył osobne nagłówki, które przyczepione były na stałe do tablicy ogłoszeń. Każde nowe wydanie „Biuletynu” przypinane było pod jednym z dwóch nagłówków „Popołudniowe wydanie radiowe” lub „Dodatek”. Kiedy wszyscy, którzy przyszli do „Białego Domu” przeczytali już dane wydanie, arkusz z wiadomościami przenoszony był do szpitala, gdzie mogli przeczytać go obozowi pacjenci.

Majowe i czerwcowe wydania „Biuletynu Codziennego” oprawione przez introligatornię Oflagu 64. Oflag 64 Papers, U.S. Army Heritage & Education Center

Jeńcy nie byli jedynymi wiernymi czytelnikami „Biuletynu”, jedna z niewielu rzeczy, jakie mój ojciec kiedykolwiek mi opowiedział o swoim życiu w obozie, to to, że nawet Niemcy przystawali, żeby przeczytać „Biuletyn”. Wiedzieli, że było to ich najbliższe prawdy źródło wiedzy.

Po tym, jak każde z wydań powracało z tablicy szpitalnej przenoszone było do obozowej introligatorni. Obozowe „mole książkowe”, podpułkownicy Harry Hauschild, Donald Lussenden i Harry S. Picou zrobili ciemnozielone okładki z płótna ze wzmocnionym grzbietem z szerokim pasem płótna w kolorze żółtym. Po wypełnieniu każda księga zawierała wydania „Biuletynu Codziennego” z dwóch miesięcy. Mierzyła około 120 na 90 cm, miała grubość około 5 cm i ważyła około 1,3 do 1,8 kilograma. Redaktorzy „Biuletynu” planowali, że te zbindowane edycje  zataszczone zostaną przez jeńców do ojczyzny jako ich wojenna kronika.

Jesienią i zimą 1943 roku jeńcy walczyli z odmrożeniami, głodem oraz zniechęcającymi informacjami z frontu. Na wiosnę 1944 roku, aby podnieść morale i zająć czymś swoich ludzi, pułkownik Drake poprosił Obersta Schneidera o zezwolenie na rozpoczęcie przygotowań do imprezy  rocznicowej. Z błogosławieństwem Obersta, jeniecki Komitet Rozrywkowy spędził następne dwa miesiące planując uroczystości mające upamiętnić przybycie pierwszych Amerykanów do Oflagu 64 – Rocznicowego Karnawału planowanego na 6 czerwca 1944 roku.

W tym samym czasie „Biuletyn Codzienny” – jak i cała reszta świata – spekulował na temat długo oczekiwanej inwazji aliantów na Europę Zachodnią. Mężczyźni zbierający się przed tablicą biuletynu mogli przeczytać takie nagłówki:

  • 19 maja: W maju pozostają jeszcze kolejne cztery kompletnie bezksiężycowe noce doskonałe do przeprowadzenia inwazji. Redaktorzy załączyli tabelę ilustrującą fazy księżyca.
  • 20 maja: Cassino [inwazja na północne Włochy] – Preludium do Inwazji; Atak przynętą dla zwabienia większej ilości oddziałów z systemu umocnień wybrzeży Europy.
  • 24 maja: Data inwazji? Brytyjski Parlament odroczył ją do czerwca. W razie „doniosłych wydarzeń wojskowych” przed tą datą...

Jednak, w miarę jak maj przechodził w czerwiec, jeńcy tracili nadzieję. Kapitan Tony Lumpkin zapisał w swoim dzienniku z Oflagu 64, opublikowanym później jako „Captured Yesterday”: „Morale spada. Wszyscy są przygotowani na spędzenie w tym obozie jeszcze jakiegoś czasu.”

6 czerwca poranne wydanie „Biuletynu Codziennego” odwróciło swoją uwagę od wiadomości z frontu ogłaszając: „Amerykański garnizon świętuje pierwszy rok bez kobiet za drutami Szubina.”

Program rocznicowy (…) naładowany jest (…) grami, muzyką, nagrodami, wystawami, eleganckim żarciem i szesnastoaktowym rocznicowym przedstawieniem.
Jednak, zgodnie z już roczną tradycją, nie będzie żadnych kobiet.
Alokohole popłyną strumieniem w jenieckiej wyobraźni.

Poranny nagłówek z „Biuletynu Codziennego”, 6 czerwca 1944 roku. Oflag 64 Papers, U.S. Army Heritage & Education Center

O dziewiątej rano, pod dżdżystym niebem jeńcy zebrali się na Appelle. Gdy tylko strażnicy zakończyli liczenie, zespół Karnawału Półmetkowego wziął się do pracy przygotowując rozgrywki i kontener do zabawy w topielca.

Henry Söderberg, „Mile widziany Szwed” z YMCA, przybył w samą porę na uroczystości. Wjechał do obozu swoim klekoczącym samochodem na węgiel (benzyna była wtedy prawie niemożliwa do zdobycia). Jeńcy powitali go uśmiechemi i serdecznymi uściskami dłoni.

Zanim Półmetek się rozpoczął pułkownik Drake wygłosił przemowę poprzez obozowe głośniki, zapewne podobną do „Rocznicowego przesłania”, które napisał do najnowszego wydania „Item”. W całym obozie zatrzymywano się w miejscu, aby go wysłuchać. 

6 czerwca 1944 roku przypada pierwsza rocznica powstania Oflagu 64. Ostatni rok wypełniony był nieustannymi wysiłkami na rzecz poprawy warunków za obozowymi drutami tak, aby stan psychiczny i fizyczny nas wszystkich mógł zostać zachowany i poprawiony (…) Mamy teraz obóz i życie społeczne, w które wkład ma każdy z nas (…).

Przyjmijmy znowu na siebie zobowiązanie, że (…) podejmiemy większy wysiłek doskonalenia, aby powrócić do naszego życia w Ameryce lepiej przystosowani do wykonywania powierzonych nam obowiązków, a nie gorsi poprzez rolę nie do pozazdroszczenia, jaką przyszło nam przyjąć na tak długo.
 
Niech nikt nie wierzy, że jest jakieś piętno w fakcie bycia honorowo wziętym do niewoli podczas walk. Tylko ten kto walczy jest w stanie podejść na tyle blisko wroga,  aby stało się to możliwe (…).
 
Bądźcie dumni, że zachowaliście się po ludzku zarówno podczas walki, jak i w obliczu przeciwności losu (...)

Krótki moment ciszy w obozie zakończył się wiwatami. Pułkownik Drake nadał lżejszy ton przemowie witając Henry’ego. Söderberg podziękował za ciepłe powitanie i ogłosił, że 6 czerwca jest nie tylko rocznicą Oflagu 64, ale również szwedzkim świętem narodowym i setną rocznicą YMCA. Przy oklaskach i gwizdach mężczyzn w obozie Söderberg wręczył sportowe odznaczenia YMCA obozowym gwiazdom sportu.

Szczekaczki nawoływały uczestników karnawału do wzięcia udziału w grach np. strąć butelkę po mleku i wygraj kawałek niemieckiego sera (ser był tak śmierdzący, że jeńcy uzgodnili, że nikt nie może jeść go w barakach) lub najpopularniejsza zabawa – topielec z udziałem podpułkowników w roli tytułowej. Podpułkownicy mieli wysoki poziom sportowego ducha i dali się zmoczyć dla dobra sprawy. Tymczasem niemieccy strażnicy kręcili się po obwodzie próbując nie uśmiechać się na widok amerykańskich uroczystości.

Wróżbici w turbanach przepowiadali przyszłość, a jeńcy z Hawajów nosili spódniczki z trawy i tańczyli taniec hula. W barakach szubińskiego koledżu odbywała się wystawa hobbystyczna prac jeńców – rysunków, obrazów, a nawet zrobionego przez nich warsztatu tkackiego.

Około jedenastej rano oficer, który czuwał przy „Ptaszku” podszedł do pułkownika Drake’a i przekazał mu coś po cichu.

Przekazana wiadomość rozchodziła się wśród rozbawionego tłumu lotem błyskawicy, z baraku do baraku szły słowa „inwazja się rozpoczęła”. Jeńcy musieli hamować swoją radość do momentu, kiedy Niemcy nie usłyszą tej wiadomości ze swoich źródeł. Rozgrywki i zabawa w topielca toczyły się dalej.

Około trzynastej po południu niemieckie radio ogłosiło przez obozowe głośniki, że rozpoczęła się „próba inwazji”. Jeńcy już nie powstrzymywali swojej radości. Uśmiech zniknął z niemieckich twarzy. Hauptman Zimmerman natychmiast podwoił liczbę wartowników na służbie.

Ekipa „Biuletynu” ruszyła pędem do pokoju 18, aby to wszystko opisać. Nagłówek został najprawdopodobniej namalowany pędzlem, aby stworzyć grube czarne litery składające się na jedno tylko słowo. Zajmowało ono jedną czwartą strony i było szerokości całej kartki: „INWAZJA!” Potem następował napis wielkimi czerwonymi literami: „SIŁY ALIANCKIE LĄDUJĄ NA PÓŁNOCNYM WYBRZEŻU FRANCJI!!” Następnie na niebiesko: „Walka trwa”. Druga połowa kartki zajęta była przez starą niemiecką mapę Europy, na której grubym czerwonym ołówkiem zakreślono miejsca inwazji.

Kiedy obozowi dziennikarze przygotowali już najnowsze wydanie stanął nad nimi Hauptman  Zimmerman. Chciał wiedzieć, jak dużo Amerykanie naprawdę wiedzieli o inwazji, i kiedy się o niej dowiedzieli. Kapitan Doyle Yardley zapisał tamtego dnia w swoim dzienniku: „Czasami korzystniej jest pozwolić ludziom wierzyć w to, co sami chcą myśleć, zwłaszcza w czasie wojny.”

Wracając do zabawy, entuzjazm na Karnawale udzielił się wszystkim. Ludzie rzucili się na jedzenie z Czerwonego Krzyża, które zgromadzili na imprezę. Zakładający się jeńcy robili rewizję swoich szacunków terminu zakończenia wojny, i nawet dobrze znany obozowy pesymista podporucznik Billy  Bingham skrócił swoje przewidywania z 1983 na 1950 rok.

Popołudnie zamknęły rozgrywki softballu, baseballu i siatkówki, po których, o godzinie siedemnastej, nastąpiła uroczysta kolacja. W opublikowanym menu były: smażona mielonka, puree ziemniaczane ogrodowe marchewki i pudding jabłkowy. Ekipa „Biuletynu” przypięła najnowsze wydanie dodatku do wiadomości radiowych:

Z ostatniej chwili
 
Rozpoczęła się inwazja.
Największe wydarzenie wojskowe w historii rozpoczęło się dzisiaj rano, gdy zmasowane siły alianckie uderzyły na północne wybrzeże Francji (…)
Niemieckie radio informuje:„trwają ciężkie walki”.
Szef prasowy Rzeszy Dietrich donosi - „lud niemiecki rozumie doniosłość tej chwili.”
Kolejne informacje spodziewane są dzisiejszej nocy.

Po lewej: Jeden z nagłówków wielokrotnego użytku. Po prawej: Jeden z wielu popołudniowych dodatków do „Biuletynu Codziennego”, 6 czerwca 1944 roku. Oflag 64 Papers, U.S. Army Heritage & Education Center

Anglojęzyczny spiker nazistowskiego Ministerstwa Propagandy trzeszczał przez obozowe głośniki ogłaszając, że znakomita część alianckich wojsk powietrznodesantowych została „unicestwiona”.

O 19:30 w barakach Teatru Bob Rankin i jego Orkiestra otworzyła Show Różnorodności utworem „You Made Me Love You”, po którym nastąpił przegląd szesnastu najlepszych utworów ostatniego roku w wykonaniu chóru męskiego Oflagu 64. Lou Otterbein, najbardziej pomysłowy rekwizytor w teatrze pracował całe popołudnie nad końcową niespodzianką. Na zakończenie show wszyscy występujący wyszli na scenę, każdy z nich trzymał fragment baneru, który razem tworzył napis „Let’s Go Ike*!” Kiedy tłum zaczął dopingować baner, kartonowa rakieta V-1 zjechała po sznurku przewleczonym przez górną część sceny, ciągnąc za sobą kolejny baner z napisem „Let’s Go Ike!”. Publiczność oszalała. Podpułkownik Reid Ellsworth wspominał później, że kilku niemieckich strażników pokazało wątły uśmiech – zastanawiał się nawet czy może i oni również życzyli już sobie końca wojny.

[*Ike – pseudonim Dwighta Davida Eisenhowera (1890-1969) – generała armii Stanów Zjednoczonych i Naczelnego Dowódcy Alianckich Ekspedy-cyjnych Sił Zbrojnych (1943–1945), dowodził „Lądowaniem w Normandii”, był prezydentem Stanów Zjednoczonych w latach 1953–1961.]

Zdjęcie chóru Oflagu 64 opublikowane w „Item”, czerwiec 1944. Zdjęcie zrobione przez Czerwony Krzyż lub przez niemieckich strażników. Zdjęcia szczęśliwych, dobrze ubranych jeńców były dobrym materiałem propagandowym dla Niemców.

Jeńcy świętowali do 10 wieczorem, długo po godzinie ciszy nocnej. W końcu Niemcy nakazali zakończyć dzień. Następnego ranka przyjechało 650 paczek Czerwonego Krzyża z żywnością. Były to paczki „Numer 10”, które zawierały przysmak wszystkich jeńców – masło orzechowe. Tego popołudnia dotarła również przesyłka z YMCA – dwieście szwedzkich emaliowanych zestawów kuchennych, z których każdy zawierał łyżkę, nóż, widelec, talerz, rondel i patelnię.

„Morale osiągnęło szczyty” - zapisał w swoim dzienniku kapitan Lumpkin.

Tego lata i całą jesień „Biuletyn Codzienny” kontynuował śledzenie zmian na zachodnim froncie oraz na bliższym Oflagu 64 froncie wschodnim – powolne postępy sowieckiej Armii Czerwonej z dudnieniem zbliżającej się w kierunku Szubina, w ostatecznej drodze na Berlin. Pod koniec 1944 roku, kiedy liczebność obozu zbliżyła się do 900 osób, a przestrzeń w barakach robiła się coraz mniejsza, mój ojciec, Diggs, Englander i Goddard ścisnęli się w pokoju prasowym, który stał się także ich sypialnią.

Na początku stycznia 1945 roku, liczebność obozu potroiła się do 1500 osób, a większość spośród starszych stażem (ci, którzy byli w obozie od 6 czerwca 1943) straciła na wadze około dziesięciu kilogramów. Na zewnątrz leżało ponad metr świeżego śniegu, a według „Biuletynu Codziennego” temperatury dzienne w ciągu miesiąca nie przekroczyły 1°C. Aby się ogrzać jeńcy zakładali na siebie każdą sztukę swojej poprzecieranej odzieży, a w buty wkładali papier jako izolację.

7 stycznia 1945 roku dźwięk głębokiego wybuchu rozległ się po płaskich ośnieżonych polach Szubina. W całym Oflagu 64 zapadła martwa cisza. Następujący zaraz po pierwszym kolejny wybuch potwierdził nadzieje jeńców – zbliżała się sowiecka artyleria. Wśród Amerykanów nastąpiła eksplozja radości, którą – jak wspominał później kapitan Peter Graffagnino – można było usłyszeć nawet na wieżach wartowniczych.

Każdego dnia odgłosy wybuchów słychać było coraz bliżej. Jedno z ostatnich zachowanych wydań „Biuletynu Codziennego” zostało wydane 12 stycznia 1945 roku z nagłówkiem „Niemcy doświadczają zwycięstwa moralnego”.

Uciekający Niemcy zmusili większość jeńców do marszu w kierunku Niemiec. Natomiast mój ojciec, Diggs, Englander, Goddard i Durgin oraz kilkuset innych jeńców powróciło z wojny różnymi drogami, z pomocą sowieckich „wyzwolicieli” - ciężarówkami i wagonami towarowymi poprzez zniszczoną Warszawę i Odessę. Podczas trwającej miesiącami odysei Sowieci przetrzymywali mojego ojca przez kilka tygodni w obozie w Rembertowie, wojskowym mieście na, w tamtych czasach, wschodnich przedmieściach Warszawy. Był to najgorszy z obozów jenieckich, w jakim kiedykolwiek przyszło im przebywać.

Podczas całej podróży mój ojciec i Diggs nieśli ze sobą księgi „Biuletynu Codziennego”. Złodzieje ukradli im dwa ogromne tomy, a w innym ktoś wyrwał spore kawałki z połowy kartek. Po wojnie Frank Digss powrócił do Waszyngtonu i spędził kolejne trzydzieści siedem lat pracując dla U.S. News & World Report.

Sześć tygodni po powrocie do USA, mój ojciec wyruszył do Berlina jako członek rządu wojskowej strefy okupacyjnej. Jako młodszy urzędnik pomagał stworzyć demokratyczny niemiecki system polityczny. Współpracował również z niemieckimi dziennikarzami – którzy stali się jego przyjaciółmi na całe życie – nad przyspieszeniem denazyfikacji. Potem, już w CIA, w latach 50. zajmował się sprawami Europy Wschodniej i Niemiec, z czego wiele lat stacjonował w amerykańskiej ambasadzie w Bonn. Zmarł 6 czerwca 1985 roku czterdzieści jeden lat po Dniu D i Karnawale Rocznicowym w Oflagu 64.

 
 Seymour Bolten i Larry Allen w amerykańskiej strefie okupacyjnej w Berlinie, jesień 1945 roku.

W latach 70. Diggs ofiarował ocalone księgi „Biuletynu Codziennego” do  U.S. Army Heritage and Education Center. Docenił znaczenie kroniki, ze względu na ilość lekcji, jakie mogły z niej płynąć dla przyszłych pokoleń. Idąc tam i przerzucając sztywne duże strony ciężkich poplamionych ksiąg można zobaczyć luźne odręczne pismo mojego ojca z tyłu niektórych z nich. Ze skromnym wdziękiem „największego pokolenia”, dzielni, pomysłowi i niepozbawieni poczucia humoru redaktorzy „Biuletynu Codziennego” pozostawili obraz ich Dnia D za obozowymi drutami. Allen, Bolten, Diggs i wszyscy jeńcy słusznie cieszyliby się, że „Biuletyn Codzienny” ciągle informuje.

Źródła:
  • Diggs, Frank. Americans Behind the Barbed Wire.
  • Englander, Dave. “Soldier Tells of Paper ‘Published’ at Oflag 64.” Editor & Publisher, 19 May, 1945.
  • Lumpkin, Tony. Captured Yesterday.
  • Oflag 64 Papers, U.S. Army Heritage & Education Center, Carlisle, PA
  •  “Sketches from the Lives of Kriegies in Oflag 64”
  • Yardley, Doyle. Home Was Never Like This.

© 2019 Susanna Bolten Connaughton
Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Kacprzak 

Susanna Connaughton jest Vice Prezesem Zarządu Polsko-Amerykańskiej Fundacji  Fundacja Upamiętnienia Obozów Jenieckich w Szubinie. Obecnie pracuje nad książką „The Translator” (Tłumacz) o doświadczeniach jej ojca jako jeńca wojennego.

6 lut 2019

Schwytany wczoraj. Dziennik wojenny Tony’ego B. Lumpkina



Książka ta powinna zwrócić uwagę wszystkich zainteresowanych życiem jeńców wojennych w Oflagu 64. Została opublikowana w 2017 roku w USA, ale pierwotnie spisana została jako dziennik wojenny ponad siedemdziesiąt lat temu. Opisany w nim został przebieg służby wojskowej w czasie II wojny światowej, niewola w Oflagu 64 oraz powrót do domu kapitana Tony'ego B. Lumpkina. Tym, co wyróżnia ten pamiętnik z II czasów wojny światowej jest to, że dostarcza on  informacji, które przez dziesięciolecia były niejawne, na temat prowadzonego przez Departament Wojny pod auspicjami programu MIS-X przemytu kontrabandy (np.: mapy, kompasy, radia) do obozów jenieckich w paczkach z pomocą humanitarną od fikcyjnych organizacji. Książka ta jest szczególnie interesująca dla badających historię Oflagu 64, ponieważ pozwala na wgląd w codzienność obozowego życia począwszy od 6 czerwca 1943 r., kiedy to do Szubina przybyli pierwsi amerykańscy oficerowie, do chwili ich wymarszu w dniu 21 stycznia 1945 r. Lumpkin opuścił Szubin 29 stycznia 1945 r., a więc także przedstawiane są pierwsze dni jego wolności w Szubinie. W trakcie lektury tego dziennika jenieckiego wybrałem kilka wpisów opisujących nie tylko życie jeńców w Oflagu 64, ale także obraz Szubina w czasach okupacji. Poniższe zapiski są oczywiście znacznie okrojone, aby ich lektura stanowiła zachętę do sięgnięcia po książkę.

2. kwietnia 1943 (schwytany wczoraj) – (…) Opuszam Sfax z pięćdziesięcioma innymi w dwóch wagonach towarowych w kierunku Tunisu. Wagony były małe – gorąco jak w piekle. (…). Jeden z narożników wagonu służył jako latryna (...)

19. kwietnia 1943 – Jestem głodny jak diabli i naprawdę próbowałem złapać psa, który biegał po obozie. Oakes i ja jesteśmy gotowi zjeść go na surowo. Na szczęście dostaliśmy paczki z Czerwonego Krzyża (…).

6. maja 1943 – Kolejna śmieszna rzecz jaka się wydarzyła i ilustruje niemiecką mentalność: W czasie podróży pociągiem przez Brenner byliśmy liczeni co godzinę. (…) Niemcy byli bardzo skuteczni! Dobrym przykładem ich durności jest następujące zdarzenie: W czasie jednego z takich cogodzinnych inspekcji wywołaliśmy w przedziale takie zamieszanie, że byli w stanie doliczyć się tylko 6 osób. Obudzili Oakesa i zapytali go gdzie jest siódmy. Oakes wskazał na podłogę gdzie leżał hełm i powiedział: “Oo, schował się pod hełmem.” Wierzcie lub nie, ale oficer rzeczywiście podniósł hełm, aby sprawdzić czy Amerykanin może się tam ukrywać!

10. maja 1943 – Padał deszcz i było nieprzyjemnie prawie przez cały dzień. Dostałem zaproszenie, żeby wyjść na zewnątrz i coś zjeść. Żadnego jedzenia, ale za to dużo rozmów. Słyszałem, że kanarek śpiewa bardzo słodko. (Obóz miał radio ukryte przed Niemcami i byliśmy w stanie każdej nocy wysłuchiwać wiadomości nadawanych przez BBC. Po ich wysłuchaniu wieści były podawane dalej ustnie do innych budynków przez kilku “redaktorów”.) (...)

6. czerwca 1943 – (…) W końcu dotarliśmy do Altburgund (Szubin, Polska), gdzie był nasz nowy obóz – 21B. Znajdowała się tu grupa jeńców radzieckich. Dziś w nocy śpiewali i ich śpiew był całkiem niezły. Jesteśmy zakwaterowani w dużym budynku, który musiał przedtem być szkołą, ponieważ ma duże pokoje mieszkalne na końcach i pomieszczenia administracyjnie pomiędzy nimi.

27. czerwca 1943 – Poszliśmy z Dicksem i Smithem do kościoła (na nabożeństwo katolickie) w naszej małej obozowej kaplicy. Przy okazji, ten kościółek znajdujący się wewnątrz obozu, jest oddzielony od reszty budynków drutem kolczastym i całkowicie wykluczyliśmy go z możliwości wykorzystania do ucieczek.

22. lipca 1943 – Nie ma jeszcze list, ale nazwiska wytypowano drogą losowania. Nie zostałem uwzględnionych, dlatego jestem rozczarowany. Podobnie Smitty; jednakże Dicks się załapał. Prace rozpoczęto wśród hałasu i wzmożonego ruchu. Zbyt duża reklama! (Dwie ostatnie pozycje dotyczą naszego pierwszego tunelu, który zaczęliśmy drążyć i komitet bezpieczeństwa wybrał tych, którzy mogliby nim uciec. Było jednak za dużo hałasu i swobodnych rozmów na ten temat. Obawiam się, że w tej sytuacji nikomu nie uda się stąd wydostać).

2. sierpnia 1943 –  (…) Popołudniu [drogą przed obozem] przemaszerowali chłopcy i dziewczęta z Hitlerjugend. (…) Ser z niemieckiego przydziału jest z pewnością robaczywy.

 Grupowe zdjęcie amerykańskich jeńców Oflagu 64 wykonane podczas wyjścia poza obóz.

5. sierpnia 1943 – Wyszliśmy warunkowo poza obóz i widzieliśmy zarys okopów wojskowych. Rozumiem, że na tym obszarze aktywne są resztki polskiego ruchu oporu. Widziałem wiatrak i wojskową drogę. (Może to odnosić się do terenu ogrodzonego drutem kolczastym. Drut był zardzewiały i prawdopodobnie teren ten był kiedyś również przeznaczony dla więźniów.)

13. sierpnia 1943 – Nadeszło 1995 paczek z Genewy. Zaginęło pięć z Brytyjskiego Czerwonego Krzyża i jedna paczka z papierosami. Niemcy odgrażają się, że rozstrzelają sprawcę, gdy ten zostanie ujawniony. Jeden z niemieckich strażników na stacji kolejowej dał mi butelkę piwa. Na lokalnym kościele wisi tabliczka: “Polakom wstęp wzbroniony”. Podobne znaki widnieją na wielu firmach i sklepach w miasteczku.

16. września 1943 – (…) Miałem możliwość być w domu Willi’ego Kricksa. Było bardzo miło. Po służbie jest lokalnym drukarzem. Niektóre domy w tej wiosce są przeznaczone tylko dla Polaków.

19. września 1943 – Przez większość dnia uzupełniałem księgi dotyczące paczek i nie zdążyłem na mszę. Młodzież z Hitlerjugend, która biwakuje gdzieś w pobliżu, przemaszerowała dziś ulicą z tymi swoimi werblami, sztandarami i krótkimi spodenkami.

20. września 1943 – (…) Pięciu włoskich oficerów jest w Szubinie. Niemcy mówią, że zostali skierowani do tego obozu. Jeden z nich jest generałem. Dziś jest tu poselstwo szwajcarskie. Dostałem paczkę z domu, ale słodycze zostały usunięte (…)

[Specificzna] poza kapitana Lumpkina podczas wykonywania przez Niemców fotografii do dokumentów.

24. września 1943 – Wczoraj Popakofki, tłumacz z komendantury, wykonał mi fotografię do dokumentów.

30. września 1943 – (…) Byłem zaskoczony słysząc jak jeden z polskich robotników mówił dziś po angielsku. (…) Ci ludzie są sprowadzani do obozu w celu wykonywania specjalistycznych prac, takich jak naprawa pieców, urządzeń elektrycznych, itp. Niemieccy strażnicy w magazynie paczek mówią, że dla Niemiec nadeszły ciężkie czasy. Wiedzą, że wycofują się na obu frontach.

5. października 1943 – Dziś miała miejsce pospieszna próba ucieczki czterech oficerów, ale się nie powiodła.

6. października 1943 – Van Vliet, Chappel, Aten i Higgins próbowali zbiec przecinając druty lecz zostali złapani na gorącym uczynku z mapami, narzędziami, prowiantem, itp. Niemcy błyskawicznie zwołali apel. Mieli trudności w policzeniu nas wszystkich zanim w końcu udało im się połapać i jak później się okazało Schultz zasnął na górze i nie został policzony. Czy to możliwe, że Niemcy sami nie wiedzą, ilu więźniów jest w obozie?

10. października 1943 – Gestapo przybyło zgodnie z planem i przeszukało pokoje wszystkich czterech, którzy uciekli. Było sporo emocji i szalonego pośpiechu, żeby zdążyć wszystko ukryć. Oberst Schneider (brzmiący jak byk) wyszedł i dał nam wykład, który został przetłumaczony przez Minnera (brzmiącego jak mysz). Treścią wykładu było: “Nie próbujcie ucieczek, albo zostaniecie rozstrzelani”.

10. grudnia 1943 – (…) Jeden z jeńców zrobił choinkę i przystroił ją puszkami.


25. grudnia 1943 – Jake dał mi spróbować tego, co upędzili. Dostałem wiele życzeń świątecznych. Myślałem o domu i dzieciach.

31. grudnia 1943 – Dzisiaj jest wielkie przyjęcie, z dużą ilością gier hazardowych, gier losowych, oczywiście na lagermarki. To niesamowite, co ludzie potrafią zorganizować improwizując. Dostałem paczkę z papierosami od Betty.

13. stycznia 1944 – Dr. Jacobs (Paul G.) zaplombował mi ząb i wykonał bardzo dobrą robotę. Jego wiertło wykonane było z małego gwoździa, który odpowiednio naostrzył i utwardził. Jednym z aparatów, który został przeszmuglowany do obozu wykonaliśmy zdjęcie grupy z Missouri oraz mieszkańców pokoju nr 21.

24. lutego 1944 – Por. Curtis Jones zranił się w nogę bochenkiem chleba, który spadł jego szafki. Wszyscy jesteśmy przekonani, że ten chleb jest robiony z drewna.

27. lutego 1944 – Czytałem a potem przeszedłem się po terenie na świeżym powietrzu. Zauważyłem, że większość Niemców, którzy mieli dziś wolne była pijana jak messerschmitty, ale nie wiem dlaczego.

8. marca 1944 – E.S.U. (Niemiecki Czerwony Krzyż) i Szwajcarzy są tutaj. Niemcy chcą zrobić kilka zdjęć stołów nakrytych obrusami i zastawionych czymś, co wygląda na obfite parujące posiłki. Płk. Drake odmówił współpracy. On z pewnością wie jak poradzić sobie z Niemcami. Oświadczył, że nie będzie robionych żadnych zdjęć, chyba że będą przedstawiać rzeczywiste warunki.

Jeniecka karta identyfikacyjna Tony’ego Lumpkina.

17. marca 1944 – Popołudniu, pod strażą, pomaszerowaliśmy do kina zobaczyć krótkometrażówkę o tym, jak opiekować się dzieckiem, kronikę filmową i kolorowy film pt.: “Women are Better Diplomats.” Wszystko w języku niemieckim, jednakże cieszyła nas możliwość wyjścia na zewnątrz.  Nasz własny zespół teatralny wystawił wieczorem sztukę – “The Man Who Came to Dinner”. Była bardzo dobra i cieszyła się także zainteresowaniem kilku Niemców, którzy przyszli ją obejrzeć – oczywiście uzbrojeni w karabiny.

10. kwietnia – Jako kolejne hobby podjąłem się szczepienia kilku pączków w niektórych jodłach. Miałem ostrą kłótnię (używając mojego słabego niemieckiego) z dwoma brązowymi koszulami na zewnątrz. Wysiedli z ich wozu, żeby pobić Polaka, który nie odpowiedział na ich nazistowskie pozdrowienie. Są najgorszymi łobuzami, jakich kiedykolwiek widziałem.

23. kwietnia 1944 – Żadnej poczty. Chłopcy jakoś idą do przodu, ale ich postępy są marne. (Jestem przekonany, że chodzi o tunel. Kilka razy o mało nas nie złapali. Pewnego razu sufit w jednym z pokoi zawalił się pod wpływem ciężaru urobku przechowywanego na górze. Wierzcie lub nie, ale praktycznie przyszyliśmy tynk z powrotem do sufitu. Innym razem, ponieważ wejście do tunelu znajdowało się pod starym piecem, ledwo zdołaliśmy odstawić ten piec na miejsce, kiedy to Niemcy niespodziewanie pojawili się by przeszukać budynek.)
(Staraliśmy się, żeby Niemcy byli zajęci szukaniem tuneli w oczywistych miejscach. Dwa przykłady są godne przywołania na tych stronach. To była ta pora roku, w której zwykle należy przekopać ogródek, więc powiedziałem Knorrowi, że zdradzę mu sekret o tym, że byłem trzymany z dala od grupy planującej ucieczkę, podczas gdy Ci budowali tunel, ale nie pozwolili mi w tym uczestniczyć. Kiedy spytał, gdzie ten tunel ma się znajdować, zasugerowałem, że w obrębie ogrodu. Następnego dnia grupa 150 Niemców pojawiła się ze szpadlami i przekopała cały teren i w ten sposób pięknie przygotowali nam ziemię, żebyśmy mogli się zająć jej uprawą!)
(Innym razem zastosowaliśmy podstęp, w który zaangażowani byliśmy ja i  dr. Jacobs. Kpt. Jacobs i ja zasugerowaliśmy, że jesteśmy w konflikcie i od dwóch czy trzech dni mocno się kłócimy. Jednego dnia, gdy Knorr przechodził obok jednego z budynków, wybiegłem z pudłem pełnym piasku by rzucić nim w Jakobsa. Jake widział, że się zbliżam, uchylił się i pudło upadło u stóp Knorra. Pudło było pełne bardzo żółtego piasku, który występuję w rejonie Szubina na głębokości jakieś 25 cali. Następnego dnia przyszli Niemcy i wykopali w tym miejscu piwnicę).

2. maja 1944 – Pojawiły się trzy kolejne „paczki bezpieczeństwa”. Często zastanawiam się, co stanie się gdy jedna z tych paczek będzie miała zerwaną etykietę i zostanie przypadkowo otwarta przez niepowołaną osobę.

6. maja 1944 – Czytam kilka detektywistycznych noweli. Larry Allen dostał trochę wina z Hiszpanii. Po niemałym zamieszaniu z Niemcami powiedzieliśmy w końcu, że to na cele religijne i udało się złapać butelkę na czas. Trzymaliśmy wszystkie butelki zanim cała paczka zostanie przepuszczona. Dziś wieczorem mieliśmy niezłą popijawę.

16. maja 1944 – Pijacy wydostali się wczoraj w nocy na krótko. Trzech złapano, ale dwóch wciąż jest na wolności. Van Vliet nie dał rady wyjść z celi, ponieważ nie mógł otworzyć zamka. Dwóch zostało złapanych o zmierzchu. (…)

17. maja 1944 – Spodziewamy się przeszukania gestapo. Na wszelki wypadek ukryłem ten dziennik.

18. maja 1944 – Higgins i Aten zostali złapani i przyprowadzeni przez Niemców, ale nie pozwolili, by płk. Drake z nimi rozmawiał. Natychmiast odpalił list do Szwajcarów. Ten facet wie jak postępować z Niemcami.

25. maja 1944 – Dwa wozy Polaków przejeżdżały dzisiaj i odpowiedzieli na nasze pozdrowienie machając do nas. Zostali natychmiast zatrzymani przez Niemców i wysłani do obozu koncentracyjnego.

17. czerwca 1944 – Ogród został podzielony na części, które przypisano poszczególnym mesom. Moja mesa jest odpowiedzialna za grządkę buraków. Puszczając plotkę, że kopany jest tam tunel, załatwiliśmy pluton do przekopania grządek! *

* To była jedna z ulubionych opowieści kapitana Lumpkina. Kiedy rozpoczęły się prace w obozowym ogrodzie, okazało się, że podłoże jest niezwykle trudne do obróbki narzędziami ogrodowymi, które mieli do dyspozycji. Po prostu rozpowszechnili plotkę, że w tym rejonie kopany jest tunel i Niemcy sprowadzili pluton, który przekopał ziemię w poszukiwaniu tunelu, a przy okazji rozprowadzili urobek [z tunelu] po ogrodzie.

4. lipca 1944 – Zagrała orkiestra SS. Odegrali nawet nasz hymn (Star Spangled Banner), ale nie dostarczyli nam flagi. Było wiele imprez rozrywkowych, wyścigi konne, imprezy sportowe, itp.

Od lewej: Porucznik LeRoy Ihrie, kapitan Tony Lumpkin, porucznik Henry Haynes i porucznik Amon Carter Jr. w oknie magazynu paczek w Oflagu 64.

28. sierpnia 1944 – Ponowne sprawdzenie magazynu paczek. (Jestem przekonany, że odnosi się do przeszukania przez Niemców całego magazynu. Ktoś rozsypał trochę piasku przed budynkiem dając im świetną sugestię, że budujemy pod nim tunel).

10. października 1944 – Nadeszło 2280 prywatnych paczek, ale zostały zatrzymane przez Zimmermana i LeViseura w Żninie. Niezwłocznie zaprotestowaliśmy. Także, 25 worków poczty nadeszło niemiecką pocztą, ale zostały zatrzymane w komendanturze. Niemcy powtarzają, że według rozkazów możemy mieć w rękach tylko tygodniowy przydział, a później mówią, że możemy mieć tylko dzienny przydział żywności i papierosów. Protestujemy.

17. listopada 1944 – Niemcy kopią wiele dziur wokół obozu. Przygotowują się na bombardowania czy to na antytunelowe urządzenia sejsmograficzne.

23. listopada 1944 do 19. grudnia 1944 – Wiele się wydarzyło w tym czasie, ale musiałem ukryć dziennik na wiele dni. Byliśmy bez paczek przez jakieś sześć tygodni, a potem przyjechały aż trzy wagony. Część paczek przechowują w Żninie. Nalegałem, aby udać się do Żnina, by zobaczyć, gdzie są przechowywane. Okazało się, że skonfiskowali polski kościół katolicki, usunęli ławki i był to teraz nasz magazyn. Wyładowałem część paczek i miałem okazję porozmawiać z kilkoma Polakami.

27. grudnia 1944 – Niemcy ogłosili komunikat o wyroku skazującym ppłk. Schaefera i por. Smitha na rozstrzelanie za utrudnianie wykonywania obowiązków niemieckiemu strażnikowi na służbie. Jeśli ten dziennik kiedykolwiek dotrze do Waszyngtonu, to jedynym sposobem, w jaki utrudniali, było wyrażenie  sprzeciwu wobec umieszczenia rozkazu na tablicy ogłoszeń.

3. stycznia 1945 – Mamy tu kilku Polskich oficerów jako jenców. Dokładamy wszelkich starań, aby chronić ich pełną tożsamość, ponieważ niektórzy z nich pochodzili z tego samego obszaru Polski.

20. stycznia 1945 – Nie ma żadnej inspekcji, ale dostajemy rozkaz gotowości na przeniesienie. Droga przed obozem jest wypełniona uchodźcami, wszyscy kierują się na wschód. Wygląda to dokładnie tak, jak kronice filmowej.

27. stycznia 1945 – Mniej więcej jedna trzecia budynków w Szubinie została spalona. O dziwo, okazuje się, że kierownik stacji w Szubinie był liderem w polskiego podziemia, natomiast teraz został burmistrzem Szubina. Drukarnia Willie’go Kricksa została także spalona i nie było ani śladu Willie’go i jego rodziny.

STRONA PROMUJĄCA KSIĄŻKĘ:

Captured Yesterday
The Wartime Diary of Tony B. Lumpkin
 




© Tony B. Lumpkin
Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki 

19 gru 2018

Jak mieszkańcy Szubina pomagali jeńcom alianckim II

Poniższy tekst jest kontynuacją części pierwszej artykułu autorstwa Czesława Sobeckiego, który ukazał się w styczniu 1970 roku na łamach Gazety Pomorskiej. Ta druga część została opublikowana tydzień później, również w wydaniu weekendowym 24/25.01.1970.

***


Planując ucieczkę Bryks i jego koledzy pomyśleli również o cywilnej odzieży oraz o dokumentach. Cywilne ubrania jak również czarną farbę niezbędną do “przeróbki” mundurów na cywilne ciuchy dostarczyli im Polacy. Jachalski ofiarował swój aparat fotograficzny, którym przyszli uciekinierzy wykonywali sobie zdjęcia paszportowe. Filmy wywoływano u Henryka Szalczyńskiego. U niego też robiono odbitki. Niezbędne formularze do dowodów (tzw. kennkart) dostarczył podobno pracujący w Zarządzie Miejskim jako goniec Ignacy Kowankowski. Erdmann postarał się o hitlerowskie znaczki stemplowe, pieczątki podrobili sami jeńcy, którzy jak głoszą wieści, urządzili sobie na terenie obozu prowizoryczną drukarnię.

Z opowiadania pp. Jachalskiego i Erdmanna dowiedzieliśmy się, iż osobą która udzielała stałej pomocy jeńcom angielskim i która była łączniczką Bryksa, była sprzedawczyni sklepu kolonialnego Stefania Maludzińska (obecnie Rakoczy). Panna Stefania kontaktowała się z Bryksem m. in. przez 14-letniego Stefana Frankiewicza, który jako przyuczony blacharz-instalator zatrudniony był również na terenie oflagu.


– Często nosiłem im z miasta żywność i cywilną odzież – opowiada Stefan Frankiewicz (który mieszka obecnie z Bydgoszczy). Kontaktowałem się przede wszystkim z czeskim majorem w mundurze RAF-u. On prosił mnie o dostarczenie łopatek, „kombinerek” i innych narzędzi, które mu dostarczyłem. Narzędzia te potrzebne były do kopania tunelu. Zwierzył mi się również z planów ucieczki i krótko przed nią prosił o mapy Niemiec i Polski. Miejscem naszych spotkań (o których nie wiedział nawet mój starszy współtowarzysz pracy Wilhelm Musialik) była kotłownia. Tam też nastąpiło pożegnanie z sympatycznym Czechem i jego angielskimi kolegami. Wymieniliśmy pamiątkowe znaczki. Gorąco dziękowali mi za pomoc. Otrzymałem też kilka zdjęć z podpisami i adresami moich znajomych z obozu. Pamiętam, że jednemu z nich było na imię John. Żegnaliśmy się ze łzami w oczach, obiecując sobie, że po zwycięstwie będziemy pisywać do siebie…

Pora teraz na relację pani Stefanii Rakoczy (z domu Maludzińska). Jak już wspomnieliśmy pracowała ona w sklepie kolonialnym u Niemca Guentera Jeschkego i pierwsza dowiedziała się prawdziwego nazwiska czeskiego majora. – Poznałam go listownie – przez jego kolegę – wspomina pani Stefania – Ten ostatni przychodził często do naszego sklepu po towar i dowiedziawszy się, że jestem Polką przyniósł któregoś dnia list napisany po polsku. Autorem listu był mjr Bryks. Kiedy poznaliśmy się lepiej i nabraliśmy do siebie zaufania poprosił mnie o wypożyczenie aparatu fotograficznego (p. Stefania uzyskała go jak wiadomo od Jachalskiego). Później wtajemniczył mnie w szczegóły ucieczki. O ile dobrze pamiętam miała ona miejsce w początkach marca 1943 roku.

Potwierdzają to poprzedni nasi rozmówcy, chciaż nikt z nich nie potrafi podać dokładnej daty. Nic dziwnego, przecież od tego czasu upłynęło przeszło 26 lat. Wiele zatarło się w ludzkiej pamięci – westchnęła pani Stefania, którą odwiedziliśmy w Toruniu, w jej jasnym, pachnącym świeżą farbą mieszkaniu przy ul. Jaroczyńskiego.

– Pyta pan w jaki sposób przebiegła ucieczka? – Ano dość prozaicznie. Bryks i jego kolega Anglik wyjechali rano lub w południe z obozu w zbiorniku od gnojówki. Dobiero w nocy tego dnia uciekło przez tunel 45 jeńców, czyli cały jeden barak. O ile pamiętam to Bryksa i jego kolegę wywiózł z obozu Franciszek Lewandowski. Najpierw zawitali do mieszkania mych rodziców, skąd doprowadziłam ich do Lewandowskich...

Szukamy więc Franciszka Lewandowskiego. Niestety, mieszka on w Zielonej Górze, ale w Szubinie przy ulicy Nakielskiej mieszka jego kuzyn Kazimierz. Od niego więc dowiadujemy się dalszych losów dzielnego majora Bryksa i jego towarzyszy.

– Razem z bratem Stanisławem i kuzynem Franciszkiem pracowaliśmy jako parobcy na majątku Szubin-wieś – zaczął swe opowiadanie p. Kazimierz Lewandowski. – Zarządcą, czyli „treuheanderem” był Niemiec o nazwisku Widerher. Dwa razy w tygodniu jeździliśmy do oflagu po gnojówkę z tamtejszych latryn i ubikacji. Nie pamiętam dokładnie od kogo, ale wydaje mi się, że od Stefy Maludzińskiej dowiedzieliśmy się, że Czech w angielskim mundurze i jego koledzy chcą uciec. Mieliśmy im w tym pomóc, gdyż Bryks i jeden z jego kumpli umyślili, aby zwiać w fasie od gnojówki…


Pamiętam, że Franek zajechał tam z fasą w piątek i wyprzegnąwszy konie zostawił ją na terenie obozu. Zrobił to zaś dlatego, gdyż otwór, którym wlewano gnojówkę był za mały i Bryks, który był silnej budowy nie mógł się przez niego przecisnąć. „Wachmanom” Franek powiedział, że ponieważ gnojówki jest za mało, wróci po fasę za dwa dni. W międzczasie Bryks i Anglik, zdaje się, że nazywał się on John Moritz, powiększyli otwór i dwa dni później (było to chyba 4 marca 1943 r.) bez przeszkód wyjechali w fasie z obozu. W nocy uciekli przez podkop ich koledzy.

Jeden z nich (był to Jugosłowianin), przywędrował do mieszkania mojego kuzyna Tadeusza Lewandowskiego. Doprowadził ich tam Krawański. Przebywali tam już Bryks i Moritz, którzy uprzednio zatrzymali się na godzinę u Maludzińskich. Daliśmy im ciepłą kolację i cywilne czapki. Nocą wyprowadziliśmy ich do obory i „zakopaliśmy” w sianie. Przebywali tam przeszło tydzień. Potem, gdy minęło już niebezpieczeństwo ulokowaliśmy ich w pustej stodole, którą uprzednio dokładnie przetrząsnęli hitlerowscy żandarmi. Tam potajemnie dostarczaliśmy im jedzenie. Robiła to także Stefania Maludzińska oraz nieżyjąca już dziś Marianna Budziak.

Hitlerowcom nie udało się ująć Bryksa i jego towarzyszy. Stosunkowo łatwo natomiast ujęli pozostałych zbiegów. Uciekali oni bowiem tylko w tym celu, aby ułatwić zadanie Bryksowi i jego towarzyszom. Tylko Ci trzej myśleli na serio o ucieczce. Reszta uciekała tylko pozornie.

Co stało się z Bryksem i jego dwoma towarzyszami?

Z dalszych relacji Kazimierza Lewandowskiego i Stefanii Rakoczy dowiadujemy się, iż dwójka uciekinierów (zaopatrzona w żywność, mapy i dokumenty) opuściła 28 marca swoją kryjówkę i pociągiem towarowym (polscy maszyniści byli wtajemniczeni kogo będą wieźli) dotarli szczęśliwie do Bydgoszczy, a stamtąd do Generalnej Guberni. Byli to Bryks i nieznany z nazwiska Jugosłowianin, którzy chcieli uciec na wschód.

Trzeci uciekinier, Anglik John Moritz, zwichnął podczas ucieczki nogę. Wpadł w ręce Niemców koło Wieszek, tuż na skraju lasu. Przesłuchiwany na posterunku żandarmerii zmyślił na poczekaniu bajeczkę, iż czekał na samolot brytyjski, który miał go zawieźć do Wielkiej Brytanii – Moi dwaj koledzy już się tam znajdują – oświadczył bezczelnie Niemcom.

Tymczasem Bryks i jego jugosłowiański kolega przebywali już Warszawie, skąd nadesłali listy do swych szubińskich przyjaciół. Obaj uciekinierzy zdołali nawiązać kontakt z ruchem oporu i brali udział w powstaniu w getcie warszawskim. Jugosłowianin poległ w czasie powstania. Mjr Bryks dostał się po raz trzeci do niewoli hitlerowskiej i przebywał w obozie pod Królewcem. Przesłał stamtąd parę listów do Stefanii Maludzińskiej i Tadeusza Lewandowskiego. Po wyzwoleniu wrócił do swej ojczyzny. Jego ostatni adres: Mjr Józef Bryks, Olomonc, Musejni.

Trudno powiedzieć natomiast czy żyją i co porabiają inni jeńcy z Szubińskiego oflagu. Warto nadmienić, iż przez krótki czas znajdowali się wśród nich również lotnicy polscy walczący u boku swych brytyjskich towarzyszy broni. Jeden z nich nazywał się Henryk Skalski (nr jeniecki 3749) i przebywa obecnie w W. Brytanii.

Z innych jeńców brytyjskich przebywających w obozie szubińskim wymienić należy Petera Thomasa, b. podsekretarza w Brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Pilota tego, który wraz z polskimi kolegami brał udział w słynnej Battle of Britain spotkał przed kilku laty, podczas swego pobytu w  Londynie przewodniczący Prezydium WRN w Bydgoszczy – Aleksander Schmidt. Sir Peter Thomas zestrzelony został na Trzecią Rzeszą w 1942 roku i skierowany do oflagu w Szubinie. Dokładnie pamiętał szczegóły słynnej ucieczki z marca 1943 roku, w której jak należy przypusczać brał udział „uciekając na wabia”.

W Teksasie (USA), żyje były jeniec szubińskiego oflagu Amon Carter (junior). Do dnia dzisiejszego utrzymuje on serdeczny kontakt listowny z mieszkanką Szubina p. Praksedą Lewicką (podczas okupacji nosiła nazwisko Napierała), która udzieliła pomocy uciekającemu z obozu jego koledze. Mjr Amon Carter odwiedził wraz z żoną w 1956 roku b. obóz jeniecki w Szubinie i złożył krótką wizytę p. Lewickiej.

Pani Stefania Rakoczy wśród swych najdroższych rodzinnych pamiątek przechowuje zdjęcia ludzi, którym wydatnie pomagała w czasie okupacji. Honorowe miejsce wśród tych pamiątek zajmuje podziękowanie od głównodowodzącego RAF-u, za pomoc udzieloną podczas ostatniej wojny żołnierzom Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.

Pani Stefania współpracowała również z jeńcami amerykańskimi. Jeden z „wachmanów” zauważył któregoś dnia, iż daje ona znaki ręką jankesom. W lipcu 1944 roku aresztowano ją i skazano na 8 miesięcy więzienia. Dzielna niewiasta uciekła jednak po dwóch miesiącach z więzienia i po wielu przygodach i perypetiach (warto by im poświęcić odrębny artykuł) dotarła do Bydgoszczy, a stamtąd do… Szubina, gdzie – ukrywając się u znajomych – szczęśliwie doczekała wyzwolenia.

Represje okupanta dotknęły również matkę p. Stefanii, która za podrzucenie jeńcom trzech bułek, skazana została na tyleż miesięcy więzienia. Podobną karę otrzymał Wilhelm Musialik, w mieszkaniu którego znaleziono podczas rewizji trzy angielskie papierosy. Gestapowcy nie oszczędzili również 14-letniego Stefana Frankiewicza. Poddali go brutalnemu przesłuchaniu, grożąc nieustannie pejczem. Dzielny chłopak nie załamał się i nie wsypał swych alianckich przyjaciół. Z opowiadania jego wynika jednak, że wiele nie brakowało do kompletnej wsypy.


Otóż jak wspomnieliśmy uprzednio, otrzymał on od swych przyjaciół z oflagu kilka zdjęć z autografami i adresami jeńców. Zdjęcia te nosił stale przy sobie, tuż pod przepustką do obozu, którą przechowywał w celofanowej oprawce. W czasie przesłuchania gestapowcy zażądali okazania przepustki. Dopiero wtedy Frankiewicz zorientował się, że zapomniał o znajdujących się pod ausweisem kompromitujących zdjęciach. Na szczęście, gestapowcy nie spostrzegli, że pod ausweisem znajdują się zdjęcia i nie doszło do wpadki.

Matka Frankiwicza dowiedziawszy się od syna o tym incydencie spaliła w nocy wszystkie zdjęcia, pozbawiając syna drogich, ale jakże niebiezpiecznych w owych czasach pamiątek. Z tamtych lat pozostała Frankiewiczowi jedynie gwiaździsta odznaka z krzyżem pośrodku i francuskim napisem „Honi soit qui mal y pense” (hańba temu, który o tym źle myśli).

CZ. SOBECKI

PS. Autor artykułu zdaje sobie sprawę z tego, że relacja jego nie jest pełna i posiada braki. Pragnąc uzupełnić i dać w miarę możliości wierny obraz wydarzeń sprzed blisko 27 lat, prosi wszystkich, którzy mogliby udzielić informacji na temat pomocy ludności polskiej dla więźniów Oflagu XXIB w Szubinie o telefoniczne lub listowne skontaktowanie się z redakcją. Przy okazji pragnie serdecznie podziękować tow. Hieronimowi Kaproniowi z KP PZPR za pomoc udzieloną w zbieraniu materału do artykułu.

5 gru 2018

Jak mieszkańcy Szubina pomagali jeńcom alianckim

Poniższy tekst stanowi transkrypt artykułu autorstwa Czesława Sobeckiego, który ukazał się w styczniu 1970 roku na łamach Gazety Pomorskiej. Inicjuje on serię kilkunastu tekstów opowiadających o tym jak mieszkańcy Szubina pomagali jeńcom alianckim.

***


… tuż za płotem ciągnał się szereg słupów wysokich na trzy metry, do których przymocowano kilkanaście sznurów drutu kolczastego opasujących naokoło główne gmachy zakładu.  Bezpośrednio za tym parkanem w kształcie czworokoku biegło drugi podobny, a wzdłuż ogrodzenia maszerowały tam i z powrotem posterunki wojskowe.  Z widokiem tej nieprzybytej zapory kojarzyła się mimo woli myśl o ucieczce.  Uświadomiłem sobie od razu, że byłoby to niepodobieństwem – pisze w swym pamiętniku Jan Jankowski, b. więzień hitlerowskiego obozu internowanych w Szubinie. Obóz ten mieścił się w zabudowaniach Wojewódzkiego Zakładu Wychowawczego. Pierwotnymi jego więźniami byli Polacy, z których wielu nigdy nie miało już powrócić do swych rodzin.  Likwidacja obozu nastąpiła w połowie stycznia 1940 roku. Skończył się pierwszy okres rozpasanego terroru hitlerowskiego. Polacy odetchnęli  z ulgą. Zabudowania byłego Wojewódzkiego Zakładu  Wychowawczego opustoszały.

Nie na długo. Z chwilą rozpoczęcia kampanii na Zachodzie hitlerowcy urządzili tu Oflag XXIB, czyli obóz jeniecki dla oficerów. Pierwsze transporty jeńców francuskich a także angielskich skierowano do Szubina latem 1940 roku. Wstrząsający był to widok. Wymizerowani, nie ogoleni oficerowie armii alianckich słaniali się ze zmęczenia, wyciągając błagalnie ręce po chleb. Wypędzeni przez hitlerowców na ulice mieszkańcy miasteczka Polacy patrzyli ze ścisniętymi sercami na długie kolumny tych, którzy mieli przynieść nam wolność. – Pain! Bread! – Brot! – żebrali oficerowie. Mimo czujnych oczu silnej eskorty i miejscowych Volksdeutschów, ten i ów z Polaków pobiegł do domu po żywność  dla zgłodniałych sprzymierzeńców. 


Od chwili pojawienia się jeńców francuskich i angielskich zawiązała się szczera przyjaźń i współpraca między nimi a ludnością polską. Dzięki pomocy Polaków doszło do kilku ucieczek z Oflagu XXIB. Najgłośniejsza z nich miała miejsce w marcu 1943 roku. 

Nie oznacza to, że przedtem oficerowie angielscy i francuscy nie próbowali szczęścia. Wskazują na to m. in. źródła hitlerowskie. M. in. w nocy z 18 na 19 listopada 1940 r. z cel aresztuw obozie jenieckim w Szubinie (niemiecka nazwa Altburgund) zbiegło dwóch jenców brytyjskich: Michael Heines nr jeniecki 411 i Richard Vey, nr 3546. Zaalarmowany o ucieczce kompetentny na tym terenie szef żandarmerii w Inowrocławiu, powiadomił o niej sąsiednie okręgi administracyjne, m. in. okręg poznański.
Źródła niemieckie nie podają, jaki był los obu uciekinierów. Ucieczki tej nie przypominają sobie również mieszkańcy Szubina. Pamiętają natomiast stosunkowo dobrze, tzw. wielką ucieczkę z marca 1943 roku, o której wspominalismy powyżej. Objęła ona około 50 osób i odbyła się prz wydatnej pomocy Polaków. Nie uprzedzajmy jednak faktów. 

W początkach grudnia ubiegłego roku na łamach naszej gazety ukazała się krótka wzmianka o 40-metrowym tunelu, który w tajemnicy przed hitlerowcami wykopali na przełomie 1942 i 1943 roku więźniowie Oflagu XXIB w Szubinie. Na ślady tego niezwykłego podkopu natrafiono podczas rozbudowy Państwowego Młodzieżowego Zakładu Wychowawczego. O tym, że tunel był doskonale zamaskowany świadczy fakt, iż odkryto go dopiero po przeszło 26 latach!... 

Alfons Jachalski i Zenon Erdmann opowiadają o swoejej wspoółpracy z jeńcami szubińskiego oflagu.

Fragmenty tego tunelu pokazali nam dyrektor PMZW Alfons Jachalski oraz rozkochany w historii Szubina harcmistrz Zenon Erdmann. Obaj jako robotnicy polscy zatrudnieni byli podczas okupacji na terenie Oflagu XXIB, rozbudowywanego stale przez hitlerowców. Opowiedzieli nam o swych kontaktach z jeńcami i o pomocy, jakiej mieszkańcy Szubina udzielili im w zorganizowaniu ucieczki.

Zdaniem moich rozmówców w obozie szubińskim przebywało od 2-5 tysięcy jeńców  różnych narowodowości. Początkowo byli to Francuzi, potem Anglicy, Jugosłowianie i Amerykanie. W końcowej fazie wojny, w obozie przebywali także jeńcy radzieccy.

Jak doszło do kontaktów jeńców z Polakami?

Otóż jeden z nich nazwiskiem Józej Bryks był Czechem i świetnie mówił po polsku. Z opowiadań jego Polacy dowiedzieli się iż w 1938 roku uciekł on samolotem z Czechosłowacji do Francji i brał udział w kampanii 1940 roku. Zestrzelony nad Francją uciekł podobno z niewoli, wdział mundur RAF-u i w stopniu majora znów walczył przeciwko Niemcom. Zestrzelony po raz wtóry w 1942 roku nad Trzecią Rzeszą trafił do obozu jenieckiego w Szubinie. Junacka natura i chęć do walki z hitlerowcami nie pozwalały mu bezczynnie siedzieć za drutami. Zaczął więc wspólnie z innymi jeńcami ze swego baraku przygotowywać ucieczkę. Zaufanych robotników polskich prosił o pomoc, wtajemniczając ich każdego z osobna i w tajemnicy przed drugim częściowo w swe plany.


Major Józef Bryks był wytrawnym konspiratorem. Pragnął, aby na wypadek wsypy represje hitlerowskie objęły najmniejszą liczbę osób. Stąd też pomagający jeńcom poszczególni robotnicy nie wiedzieli o sobie nawzajem. Każdy z nich zna więc obecnie zaledwie fragment słynnej historii ucieczki z marca 1943 roku. Ze strzępów tych wspomnień sprzed prawie 27 lat trudnio sklecić jakąś idealną i zgodną z prawdą całość. Relacja nasza będzie zatem niepełna i na pewno zawierać będzie sporo luk i niedomówień. O uzupełnienie ich prosimy tych czytelników, którzy podczas okupacji przebywali w Szubinie i mieli styczność z jeńcami Oflagu XXIB.

Wróćmy jednak do naszych pierwszych rozmówców: Alfonsa Jachalskiego i Zenona Erdmanna. Pierwszy z nich przypomina sobie, iż tunel, którym zamierzali uciec Bryks i jego koledzy zaczęto budować zimą 1942 roku. Ziemia była wówczas zmarznięta i nie groziło zawalenie. Tunel znajdował się trzy metry pod powierzchnią. Nikt nie prowadził jego pomiarów, ale z oględzin, które przeprowadziliśmy wynikało, iż dorosły człowiek – czołgając się – mógł się przezeń przedostać.
Pomysłowi uciekinierzy zatroszczyli się o dopływ świeżego powietrza do podziemnego korytarza, instalując tzw. wietrzniki zrobione z puszek po konserwach. Ściany tunelu podpierali szczapami, które ginęły z ogniska, na którym gotował smołę Zenon Erdmann i jego bracia. Ziemię magazynowano cześciowo w ubikacji (znajdowało się tu wejście do tunelu) bądź też wynoszono w kieszeni płaszczy i mundurów i gdy nie było śniegu potajemnie rozrzucano po obozie. Wylot z tunelu znajdował się tuż niedaleko pobliskiego lasku, z którego łatwiej było uciekać dalej. 

CZ. SOBECKI

13 sie 2018

W poszukiwaniu lokalizacji tuneli ucieczkowych

W sobotę 11 sierpnia teren byłego obozu jenieckiego w Szubinie odwiedził z ekipą TVP Lublin Pan Adam Sikorski - historyk, dziennikarz, reżyser, scenarzysta, poeta i kierowca rajdowy - telewidzom, a w szczególności pasjonatom historii, znany jako autor popularnego programu o tematyce historycznej pt.: „Było, nie minęło - Kronika Zwiadowców Historii”. Podczas przeprowadzonych w tym dniu sondażowych badań archeologicznych powstał kolejny odcinek jego programu poświęcony ucieczkom z Oflagu XXI-B i Oflagu 64, którego emisja przewidziana jest już we wrześniu br. W poszukiwaniu pozostałości tuneli ucieczkowych wykonane zostało badanie gruntu w zachodniej części byłego obozu za pomocą georadaru. Badania przeprowadził Pan Dariusz Szymanowski, geodeta, prezes Stowarzyszenia "Wizna 1939". Nadzór archeologiczny z ramienia Muzeum Ziemi Szubińskiej prowadził archeolog Robert Grochowski. Przebieg prac relacjonuje film oraz obszerna relacja fotograficzna do obejrzenia w galerii itvszubin.

Czego poszukiwaliśmy?

Poniżej przedstawiono plan obozu jenieckiego Oflag 64 naszkicowany na podstawie zdjęcia lotniczego wykonanego przez Wywiad Brytyjski prawdopodobnie w maju 1944 r. Budynki oznaczone na czerwono nie istnieją, zaś budynki oznaczone na zielono stoją na swoim miejscu, lecz przez lata powojenne były przebudowywane. Wewnątrz obozu w różnych okresach wydzielone strefy niedostępne dla jeńców, na przykład budynek (8), w którym mieszkali jeńcy sowieccy był odseparowany od reszty budynków, z kolei na przykład kaplica (6) była niedostępna przez pewien czas dla jeńców Oflagu XXI-B w tzw. „okresie pilotów RAF ze względu na podejmowane z niej próby ucieczek. Żółtymi strzałkami oznaczono potencjalne lokalizacje tuneli, których poszukiwaliśmy.


By zapobiec ucieczkom we wrześniu 1942 r. Niemcy zainstalowali podziemne mikrofony, których rozlokowanie nie było znane jeńcom. Tzw. przeciwtunelowe rowy wykopano pomiędzy dwoma barakami ulokowanymi na wzgórzu, jak również pomiędzy ogrodzeniem ostrzegawczym. Komitet ucieczkowy popierał kopane jesienią tzw. „blitz tunnels”, dlatego że możliwe było szybkie ich ukończenie oraz podjęcie ucieczki przed nastaniem zimowej pogody, która znacząco zmniejszała szanse powodzenia dalszej ucieczki albo kopane zimą, dłuższe i bardziej pracochłonne tunele, które planowano wykorzystać w celu masowej ucieczki wiosną. Od września do listopada 1942 r. pracowano nad tzw. blitz tunnelslightning tunnels – błyskawiczne tunele – zazwyczaj krótkie, płytkie i proste w konstrukcji. Rozpoczęto kopanie trzech takich tuneli, z których dwa odkryto po miesiącu, w tym jeden w kaplicy pod głównym ołtarzem. Trzeci tunel, typu „kret” (mole tunnel), kopany był metodą rycia ok. 50 cm poniżej powierzchni z ogrodu znajdującym się w zachodniej części obozu, gdzie rosły wysokie rośliny (asparagus). Tunel drążony przez Thomasa D. Calnana, Iana Crossa, Roberta Kee był bez szalunku i wkrótce zawalił się, co sprawiło, że Calnan nieomal stracił życie.

Krótka charakterystyka tuneli ucieczkowych drążonych w Szubinie
  • Tunel Fanshave’a: wejście w jednej z dwóch toalet latryny po wschodniej stronie obozu (budynek 19); komora 4 x 1,5 x 1,8 m; kopany głębokości na poziomie 4,5 metra pod powierzchnią, ok. 9 metrów od wyjścia kopano pod kątem; wyjście przewidziano w redlinie pola ziemniaków 4,5 metra od ogrodzenia; pracę rozpoczęto w styczniu 1943 r.; zaangażowanych było 28 jeńców, podzielonych na trzy grupy – kopiący; wykonujących prace zabezpieczające – szalunek, oraz dystrybuujących  piasek; tunel miał wentylację oraz oświetlony był lampami olejowymi – paliwo margaryna; kierunek oznaczony na planie – domniemany.
  • Tunel Edge’a (Richard Edge and David Strong): wejście w jednej z dwóch toalet, w baraku po zachodniej stronie; kierowany  do lasu, miał elektryczne oświetlenie, 33 metry, 18 poza drutem, prace rozpoczęto w grudniu 1942 r., w prace zaangażowanych było 76 jeńców, potencjalna lokalizacja w miejscu nieistniejącego budynku 11 – tunel został odkryty przez Niemców.
  • Tunel Erica Williamsa (Cookhouse Tunnel): wejście pod nieczynnym bojlerem w kuchni, kopany w kierunku południowym; zalany przez wody gruntowe, w związku z czym projekt porzucono; prawdopodobnie zamierzano przekopać się na drugą stronę ulicy; po osuszeniu się tunelu wrócono do ponownego kopania, osiągnięto odległość terenu wokół baraku Rosjan, ucieczka innym tunelem w nocy 5/6 marca 1943 r. przerwała projekt. Potencjalną lokalizację wskazuje poniższy plan Oflagu XXI-B – wskazane miejsce tunelu (A) w rzeczywistości mogło zaczynać się z budynku (16), ponieważ w przyległej przybudówce budynku (3) znajdowały się prysznice. Pomysł kopania tego tunelu z oznaczonego miejsca wydaje się być dość absurdalny ze względu na konieczność drążenia pod ziemią bardzo długiego tunelu, dlatego uważam, że możliwa jest inna jego lokalizacja z pomieszczenia z kuchni w budynku (4). Przeczy temu jednak informacja z literatury anglojęzycznej o przerwaniu kopania wokół baraku Rosjan.


  • Tunel Pantona: wejście w jednej z latryn wewnątrz jednego ze skrajnych baraków na wzgórzu; w kierunku północnym; zalany; brak rzetelnej bardziej szczegółowej informacji o lokalizacji.
  • Tunel Asselina (Eddie Asselin): początek w publicznej latrynie po zachodniej stronie obozu (18), ostatnie miejsce w tylnym rzędzie w pobliżu pisuaru; komora robocza o wymiarach 4,5x3x1,8 m; wejście do tunelu właściwego piniowym włazem o głębokości 3 metrów o poziomu podłogi komory, wymiary tunelu właściwego: 60 x 60 cm, wyjście podprowadzono pionowo do wysokości ok. 1 metra poniżej poziomu. Przekopanie ostatniego metra zajęło ok. 3 godzin podczas gdy uciekinierzy czekali już w tunelu (23) i 10 w komorze – jest to jedyny tunel wykorzystany do ucieczki w Szubinie, w nocy 5/6 marca 1943 r uciekło 33 jeńców.
  • Tunel Cory’ego: kopany przez Amerykanów z budynku (10), brak charakterystyki, poza informacją o kierunku tunelu, komitet ucieczkowy zadecydował o zaprzestaniu przedsięwzięcia po rozstrzelaniu uciekinierów z Żagania. Początek tunelu Cory’ego znajduje się w miejscu obecnej szkoły Zakładu Poprawczego. Odkryto go podczas prac budowlanych i niwelacji terenu w 1969 roku. Część tunelu może być nadal możliwa do zlokalizowania na wysokości drogi gruntowej pokrywającej się ze zachodnią częścią ogrodzenia obozu.

 Zdjęcie z Gazety Pomorskiej z 1970 opisane: "W miejscu, w którym znajdował się niegdyś słynny tunel, którym uciekali jeńcy Oflagu XXIB wznoszą się mury nowoczesnej szkoły".

Co udało się zlokalizować:

Wyniki badań wskazują na obecność pod ziemią charakterystycznych anomalii gruntu w miejscu potencjalnych lokalizacji tuneli Asselina oraz Edge'a w pobliżu obecnego zachodniego ogrodzenia działki należącej do Zakładu Poprawczego. Obecność takich samych anomalii stwierdzono także po zewnętrznej stronie ogrodzenia (w czasie wojny teren ten znajdował się jeszcze w obrębie obozu) oraz stwierdzono je w kilku przekrojach, co może świadczyć o drożności potencjalnych reliktów tuneli ucieczkowych.  W najbliższym czasie w miejscu stwierdzonych anomalii mają zostać wykonane wykopy sondażowe, które pozwolą zweryfikować wstępną interpretację wyników sobotnich pomiarów georadarem i być może odkryć chociaż pozostałości drewnianego szalunku tuneli ucieczkowych kopanych w tym miejscu w czasie II wojny światowej. 






  
Wynik wskazujący anomalie gruntu na głębokości ok. 2 metrów


Strona z książki pt.: "The Camera Became My Passport Home" (autorzy: Ben van Drogenbroek i Steve Martin) wskazuje lokalizację tunelu Edmunda "Eddie" Asselina  (nazywanego w literaturze" "Abort" tunnel; "abort" z niemieckiego = "toaleta") oraz tunelu Dickiego Edge'a. Potencjalną lokalizację tych dwóch tuneli potwierdziliśmy za pomocą badania georadarem.


Wideorelacja itvszubin:


© Mariusz Winiecki