Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roads to Oflag 64. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roads to Oflag 64. Pokaż wszystkie posty

27 wrz 2015

Wspomnienia Sidney‘a Thala - Część 3: "Gromkie powitanie"


Omawialiśmy możliwości ucieczki i udało nam się uciec, czworgu z nas, w trakcie transportu z Oflagu 7B do Oflagu 64. Wyskoczyliśmy z okna pociągu na ostatniej stacji przed Poznaniem. Niestety, byłem ostatnim w kolejności i odłączyłem się od pozostałych. Zostali oni złapani następnego dnia, ja zaś mogłem cieszyć się wolnością 3 dni dłużej, zanim też zostałem ponownie złapany. Od pewnego Polaka w podeszłym wieku otrzymałem pomoc. Nakarmił mnie i ukrył, a nawet przekonał swoją siostrę, żeby spróbowała mnie skontaktować w Poznaniu z kimś, kogo adres otrzymałem od Brytyjczyków. Niestety kontakt nie był aktualny, więc pozostało mi liczyć tylko na siebie. Tego wieczoru wyruszyłem piechotą w kierunku Gdyni.

Po nieudanej próbie kradzieży roweru szedłem dalej aż do zmierzchu. Gdy mijałem jakąś małą wieś w końcu zdecydowałem ukryć się na noc w stodole i przenocować na sianie. Nikt mnie nie nakrył, więc jeszcze tej samej nocy wyruszyłem w dalszą drogę. Zanim opuściłem stodołę, wydoiłem krowę i napiłem się przepysznego ciepłego mleka. Po godzinie dostałem rozwolnienia. To upokarzające doświadczenie trwało kilka godzin. Dość wyniszczające. Szedłem dalej przez resztę nocy, ale ktoś musiał mnie widzieć, bo zostałem wkrótce dogoniony przez jakiegoś mężczyznę jadącego konno. Najechał na mnie raniąc mnie w plecy, po czym zabrał mnie do powrotem do najbliższej wsi do domu wójta. Wkrótce pojawił się żandarm, który zabrał mnie do aresztu. Dziękując wójtowi za jego życzliwość wręczyłem mu kilka papierosów oraz czekoladę dla jego szesnastoletniej córki. Niestety nie pamiętam nazwy tej wsi. Stąd kapitan policji zabrał mnie do Szubina do Oflagu 64.

Kiedy eskortowano mnie ze stacji kolejowej przez miasto, wszyscy ludzie oglądali się za nami. Gdy zbliżyliśmy się do obozu, a strażnicy prowadzili mnie w kierunku do celi [izolatki znajdującej się po poza obozem, po drugiej stronie ulicy], w której przebywało już trzech moich współuciekinierów, wszyscy moi kompani stali w rzędzie [za drutem kolczastym] krzycząc i wiwatując. Przyznam, że miałem mieszane uczucia. Dopiero później dowiedziałem się, że powinienem był spróbować skontaktować się z jakimś księdzem, kiedy miałem ku temu sposobność, gdyż wielu uciekinierów otrzymywało pomoc ze strony Kościoła w odzyskaniu wolności.

W ciupie dostałem jedzenie i książkę, miałem też odwiedziny, a fakt, że byli tam ze mną moi przyjaciele: Frank Aten, John Pearson i Bill Duckworth znacznie poprawił mój nastrój.

W Oflagu 64 byliśmy niewielką grupą przybyłą z Oflagu 7B – było nas zaledwie dwudziestu dwóch. Ku mojemu zaskoczeniu, w chwili mojego przybycia w dniu 6 czerwca 1943 roku, było tu już wielu moich kompanów, których zwieziono z innych obozów w Niemczech. Był to najwyraźniej jedyny obóz jeniecki przewidziany dla amerykańskich oficerów piechoty. Dwa tygodnie później zostaliśmy zwolnieni z aresztu, czemu towarzyszyło gromkie powitanie pozostałych towarzyszy broni, i przedstawieni Pułkownikowi Drake’owi – naszemu komendantowi obozu. Ten pełnoprawny pułkownik, dumnie i okazale wyglądający mężczyzna, okazał się być prawdziwym przywódcą i zapewnił nam możliwie najlepsze warunki, jakie można było mieć w zastanych okolicznościach. Tęskniłem za wolnością!!

***


Nawiasem mówiąc – Niemcy cały czas poszukiwali tuneli. Tak się składa, że współtworzyłem plan tunelu, do którego wejście było w latrynie w umywalni i którego ostatecznie nie użyliśmy do ucieczki. Całą ziemię z kopanego tunelu składowaliśmy na stropie pod dachem. Mogliśmy pracować tylko w nocy. Główne wejście do obozu było pod ciągła obserwacją. Jeden obserwator czatował w łazience, na trzecim piętrze w głównym budynku. Drugi natomiast w naszym baraku. Sygnałem do zaprzestania wszelkich działań było zapalenie świecy w oknie.

***

Lou Otterbein był naszym głównym rzemieślnikiem, złota rączką, który własnoręcznie wykonał nie tylko wszystkie rekwizyty teatralne, ale także wszelkie narzędzia pomocne przy kopaniu. Wszystko było wykonane z puszek [po mleku w proszku] czy innych zużytych rzeczy. Wykonał oświetlenie i reflektory z puszek, miechy służące do dostarczenia powietrza do tunelu oraz pompę do usuwania wody z rząpia tunelu. Również tory i wózki do wywożenia ziemi. Do wykonania miechów użył skóry ze starych butów.

***

Dr John Creech, po wojnie mianowany dyrektorem Narodowego Arboretum w Waszyngtonie, był odpowiedzialny za nasz ogród warzywny w Oflagu 64. Pułkownik John K. Waters, był zięciem Generała Pattona. Amon Carter, odpowiedzialny za dystrybucję naszych paczek, był synem najzamożniejszego człowieka w Teksasie w tamtym czasie. Jego ojciec przyleciał specjalnie do Europy [prywatnym samolotem], żeby odebrać swojego syna po odzyskaniu przezeń wolności, wraz z innymi jeńcami pochodzącymi z Teksasu, którzy oczywiście byli z nim bliżej. Tom Jones był bratankiem Jesse Jones’a – bankiera, szefa rady nadzorczej Reconstruction Finance Corporation z nominacji Prezydenta Franklina D. Roosevelta.

© Sidney Thal
Edited by Mariusz Winiecki
Special thanks for Cheryl Ellis, for corrections on her father's story

Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki




25 wrz 2015

Sidney Thal’s Story - Part 3: "The tumultuous welcome"


We discussed escape opportunities and we were able to escape, 4 of us on the trip from 7B to 64. We jumped out of the train window at the last station before Poznan. Unfortunately, I was last out and became separated from the others. They were recaptured the next day, but I was out of for 3 more days before I was recaptured. I was able to get help from an elderly Pole who fed me, hide me and even used his sister to try a contact in Poznan the British had given to me. The contact was gone, so I was on my own. That evening I began walking to Gdynia.

After a futile attempt to steal a bicycle I walked til dawn. I passed though one small village and finally decided to hide in a barn in the hayloft. I was undiscovered in the barn and that night started walking again. I milked a cow for some delicious warm milk before I left the barn and within an hour I begin suffering from diarrhoea. It was a humiliating experience for several hours. Quite debilitating! I walked all night and someone had seen me, because I was recaptured by a man on horseback. He ran me down with his horse, injured my back and walked me back to the nearest village to the mayor’s house. A policeman arrived and took me to the jail. I thanked the mayor’s, gave him some cigarettes and chocolate for his 16 yr old daughter for his kindness for me. Unfortunately I don’t remember the name of the village. From there the Police captain took me to Szubin to Oflag 64.

When I walked through the town from the train station everybody was watching us. As I reached the camp everybody was lined up shouting and applauding as I was led to the guard house to a cell where other 3 were also jailed. Mixed emotions were rampant. It wasn’t until later that I learned that I should have tried to contact a priest when I had the opportunity. Many escapees were helped by the church all the way back to freedom.

Once in a jail at the camp I received food, books, visits and comfort with my friends Frank Aten, John Pearson and Bill Duckworth.

We were only a small group from 7B, 22 of us. But my arrival on June 6, 1943 was a surprise to me so many more that preceded us from other camps in Germany. This, evidently, was the only officer camp for ground forces POWs. We were all released from jail together in two weeks to a tumultuous welcome by the others and introduced to Col. Drake our Camp Commander. A full colonel and haughty, splendid looking man. He turned out to be a real leader and made life at least the best possible under conditions.
It doesn’t take long to accommodate oneself to camp life. Everything was so limited and orderly by the time we got out of jail that it was easy to fit in. Freedom felt so good!!!

***
By the way – the Germans were always searching for tunnels. I was the person who formed the tunnel plan that would have been unsuccessful under the pot in the washroom. All the dirt we removed was stored in the crawl space under the roof. We could only work at night. We had spotters watching the front gate at all times. One was in the bathroom, on the third floor of the main building. The second was in our barracks. The signal to suspend all activities was simply a lighted candle in the window. 

***

Lou Otterbein was our main craftsman who made all of our theater props, as well as, escape tools and aids. Everything was made of out tin cans and scraps. He made the floodlight + reflectors out of tin cans, a bellows to supply air in the tunnel, and the suction to remove water from the sump in the tunnel. The tracks and the carts for the dirt removal. Old shoe tops were used to make the bellows.

***
Dr. John Creech was later named chief of US National Arboretum in Washington, D.C. He was in charge of all of our vegetable gardens in Oflag 64. The son-in-law of General Patton was Col. John K. Waters. Amon Carter, in charge of our parcel hut was the son of the wealthiest man in Texas at that time. Tom Jones was the nephew of Jesse Jones – the chief of the manpower program of the U.S. for the war effort. As fact of history Amon Carters’ father flew to Europe to pick up his son when he was finally liberated, as well as, others from Texas who were more with Amon.


© Sidney Thal
Edited by Mariusz Winiecki
Special thanks for Cheryl Ellis, for corrections on her father's story.

18 wrz 2015

Wspomnienia Sidney‘a Thala - Część 2: "Z Tunisu do Oflagu 7B"

Sidney Thal (1940/41)

Wyjazd nastąpił bladym świtem. Gdy tylko wyruszyliśmy na horyzoncie pojawiły się nadlatujące 3 [amerykańskie albo alianckie] myśliwce. Natychmiast rozkazałem wszystkim ściągnąć podkoszulki i machać nimi, żeby piloci rozpoznali w nas Amerykanów i nie strzelali do nas. Gdy przelatywali nad nami pomachali skrzydłami dając nam w ten sposób znak, że odebrali sygnał. Przy okazji spuścili kilka bomb na jadący nieopodal kordon niemieckich pojazdów niszcząc wszystkie i odlecieli dalej w kierunku pobliskiej drogi ostrzeliwując poważnie jadące nią pojazdy. Po drodze do Sfax, gdzie czekał na nas pociąg, mijaliśmy wiele palących się samochodów. Ze Sfax pojechaliśmy do Sousse i następnie do Tunisu.

W Tunisie byliśmy przesłuchiwani. Podzielonych na niewielkie grupy oficerów odpytywało Gestapo. Rozmowa trwała zaledwie kilka minut. Pytali głównie o informacje na temat broni zwanej BAZOOKĄ! – przeciwpancernej broni, którą testowałem w Kasserine Pass. Miałem za zadanie określić wielkość siły rażenia podczas ostrzału z niewielkiej odległości. Nie był satysfakcjonujący, bez względu na odległość od czołgu. Podczas biwaku w Old Point Comfort w Wirginii miało miejsce zebranie wszystkich oficerów, podczas którego dowiedzieliśmy się, że w naszych szeregach została odkryta i zdekonspirowana siatka szpiegowska. Zostali oni aresztowani i uwięzieni, ale zdążyli wysłać kopie naszych akt osobowych [201 files*] do Niemiec. Aktami tymi dysponowali Niemcy w trakcie przesłuchań w Tunisie. Po przesłuchaniu długo jeszcze o tym rozmawialiśmy, po czym odlecieliśmy JU52 do Neapolu. Dotarliśmy tam krótko po bombardowaniu przez amerykańskie siły powietrzne. Zostaliśmy załadowani na ciężarówki i wąskimi uliczkami Neapolu pojechaliśmy do obozu jenieckiego, bardzo dużego obozu jenieckiego, na przedmieściach Neapolu – w Kapui.

Tuż po przyjeździe otrzymaliśmy paczkę żywnościową z Czerwonego Krzyża – pakiet przetrwania, który pozwalał nam jako jeńcom jakoś przeżyć bez większego głodu. Zawierała puszkę peklowanej wołowiny, puszkę z konserwą mięsną i puszkę sardynek. Pięć najcudowniejszych paczek papierosów. Puszkę mleka w proszku, puszkę skondensowanego mleka, pudełko rodzynek (czasem suszonych śliwek), cztery uncje rozpuszczalnej kawy Nescafe, pół funta cukru w kostkach i tabliczkę czekolady. Wkrótce odkryliśmy, że handel papierosami, kawą i czekoladą z Niemcami (jak i z Polakami) pozwalał pozyskać nam inne produkty, które były zabronione. [Później w Oflagu 64] wraz Jimem McAreneyem otworzyliśmy nawet sklep w piwnicy obozowego szpitala i głównej łaźni, by handlować wymiennie naszymi zapasami papierosów za inne dobra otrzymywane w paczkach z domu, jednak gdy skończyły się papierosy, został tylko sklep. SPLAJTOWALIŚMY!

Z Kapui we Włoszech wagonami do transportu bydła przewieziono nas do Stalagu 7A [w Murnau], w pobliży Monachium. Podróżowaliśmy 3 dni przez Przełęcz Brenner do włoskiego Tyrolu (przepiękny). Byliśmy upchani po około 80 osób w każdym z wagonów. Po dotarciu na miejsce wszyscy cierpieliśmy na czerwonkę. W Stalagu 7A zostaliśmy odwszeni, mogliśmy się wykąpać, zostaliśmy nakarmieni, a także dostaliśmy pierwsze lekarstwo na dyzenterię, dzięki czemu szybko wróciliśmy do zdrowia. Tu spotkaliśmy po raz pierwszy jeńców francuskich, radzieckich, a także innych naszych sojuszników.

Ze Stalagu 7A przeniesiono nas po tygodniu do Oflagu 7B w Eichstätt (nie mylić z Eichstädt) w Południowej Bawarii. W obozie tym było tysiące Brytyjczyków i Kanadyjczyków (i żołnierzy z wielu innych krajów Wspólnoty Narodów) wziętych do niewoli pod Dunkierką. Kanadyjczycy w odwecie za krępowanie Niemców złapanych podczas bombardowania Dieppe (jak i wcześniejszych kanadyjskich bombardowaniach wzdłuż kanału od Doker) byli skuci kajdankami. Obóz 7B był dobrze zorganizowany i tam nauczyliśmy się jak zorganizować się w Oflagu 64. Tamtejsi jeńcy nauczyli nas jak współpracować i negocjować z Niemcami, jak otwierać zamki, jak handlować ze strażnikami. Poznaliśmy też wartość różnych dóbr, którymi można było się wymieniać. Nauczyliśmy się jak zarządzać naszym obozem, oraz dowiedzieliśmy się o rozmaitych możliwościach podejmowania ucieczek i jak ogólnie egzystować w niewoli.

Uraczyli nas też programem artystycznym zawierającym elementy historii i kultury brytyjskiej, za co w rewanżu wszyscy w liczbie 22. postanowiliśmy przedstawić im program okolicznościowy związany z Dniem Niepodległości 4. lipca, pomimo, że był dopiero maj. Wiedzieliśmy, że przed lipcem przeniosą nas do innego miejsca, więc zdecydowaliśmy odwdzięczyć się odrobiną naszej Amerykańskiej tradycji i wykonaliśmy nasz największy hit “Yankee Doodle Dandy” zostawiając dobre wrażenie naszej przyjaźni. Dzięki tej przyjaźni i ich dobrym radom skutecznie uciekliśmy, czterech z nas, z pociągu wiozącego nas do Oflagu 64.



* 201 files – dokumenty (akta) żołnierza sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych opisujące jego karierę wojskową, przebieg edukacji w cywilu, jak również zawierający informacje osobiste.

© Sidney Thal
Edited by Mariusz Winiecki
Special thanks for Cheryl Ellis, for corrections on her father's story

Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki 


Sidney Thal’s Story - Part 2: "From Tunis to Oflag 7B"

Sidney Thal (1940/41)

This trip was started as soon as it was day light. Shortly after we started a flight of 3 fighters appeared in a distance. I immediately ordered everyone to pull off their undershirts to wave to indicate we were Americans so the pilots would not shoot at us. When they flew over us they rocked their wings to let us know they caught the signal. But they dropped their bombs on a German motor pool nearby destroying everything. Then they flew down the near highway shooting up the traffic very badly. We passed many burning vehicles on our way to trains waiting to take us to Sfax. From Sfax we went to Sousse and then to Tunis.

Once in Tunis they took us to a camp for interrogation. We were put in small groups in a series of officer and then question by the Gestapo. The interview lasted only a few minutes. The main question was the information about the weapon called the BAZOOKA! – an anti-tank weapon which I had tested while at Kasserine Pass. My test of the weapon was made to determine the amount, if any, about the percussion effect when fired at close range. There was none, no matter how, close to the tank! When we were in bivouac in Old Point Comfort in Virginia we had a meeting for all officers to learn that a spy ring had been discovered and exposed. They were all arrested and jailed but they had looted a lot of information before discovery and sent copies of our 201 files to Germany. Those files were in the hands of the Germans when they questioned us in Tunis. We discussed it for hours after interrogation and flown in JU52's to Naples, Italy. We arrived shortly after a bombing by the Americans air force. We were loaded into trucks and driven through the narrow streets of Naples to a prison camp, a very large camp, in the suburbs of Naples – Capua.

Shortly after we arrived we were issued a Red Cross pack of food – our survival package that kept us from starvation for our life as a POW. It contained a can of corned beef, a can of PREM, a can of sardines. The most wonderful 5 packs of cigarettes, a one pound can of whole powdered milk, a can of condensed milk, a pound box of raisins (sometimes prunes) 4oz. can of Nescafe powder coffee, ½ pound of sugar cubes, a 6 oz. bar of chocolate square. Later we discovered the trading value of cigarettes, coffee and chocolate with Germans (and the Poles) which were used as much as possible to get other things that were “verbotin” (properly in German: ‘verboten’ = 'forbidden'). [Later in Oflag 64] I also, with Jim McArevey, opened a store in the basement of the camp hospital and shower center to barter our stock of cigarettes for goods from home. As soon as our cigarettes were gone, so was the store. OUT OF BUSINESS!

From Capua, Italy, we were loaded in cars used to ship cattle, to Stalag 7A [in Murnau], near Munich, We had traveled 3 days. We went through the Brenner Pass into the Italian Tyrol (beautiful), stuffed 80 of us in Each car. When we finally arrived we were all suffering from dysentery. We were deloused, bathed and fed in 7A and given our first medicine for dysentery. We all recovered quickly. Here we were introduced to our first meetings with French, Russian and other POWs from other Allied nations.

From Stalag 7A we were moved, after a week, to Oflag 7B in Eichstätt, Southern Bavaria. This was a camp of several thousand British and Canadian's captured in Dunkirk (and many other commonwealth soldiers). The Canadian were all in handcuffs as a reprisal for tying up the Germans captured in the Dieppe raid (an all Canadian raidearlier across the channel from Dover). The camp 7B was well organized and from them we learned how to run our camp at Oflag 64. They taught us how to deal and negotiate with Germans, how to pick locks, how to trade with guards and value of goods for exchange. We have learned how to operate our camp, about the escape possibilities and how to subsists in camp activity.

They provided us with a show that was an all British story and we, 22 of us, decided to put on a 4th July show for them, even though it was May. We knew we would be leaving before July, so we decided to reciprocate with a little Americana. We did our “Yankee Doodle Dandy” best-made a big hit and left behind a good impression of our friendship. Through their friendship and advice we escaped, 4 of us, from the train on the way to Oflag 64, successfully.


© Sidney Thal
Edited by Mariusz Winiecki
Special thanks for Cheryl Ellis, for corrections on her father's story

14 wrz 2015

Wspomnienia Sidney‘a Thala - Część 1: "Gwałtownie wstrzymany atak"

Mój ojciec urodził się w Smile w Rosji (obecnie Ukraina, PL: Smiła, Ukr: Смiла, Rus: Смела), natomiast matka pochodziła z Rhode Island. Na świat przyszedłem 3. października 1918 roku jako czwarty z pięciu synów, przy czym rodzice moi nie doczekali się córki. Pracowali oni wspólnie w firmie ojca przez wiele lat, aż do jego śmierci w 1936 roku, która nastąpiła z powodu zapalenia otrzewnej. Moja matka zmarła w 1977 roku na białaczkę.

Ojciec wyemigrował do Ameryki jako młody chłopiec i rozpoczął terminowanie u mistrza rzeźnickiego niedaleko Filadelfii. Jego rodzina w Rosji specjalizowała się w garbarstwie, więc był on także doświadczonym wykrawaczem mięsa. Wkrótce został wykwalifikowanym klasowaczem mięsa.

Po swoim ślubie w 1906 roku ojciec otworzył mały sklep masarski w południowej Filadelfii. Po kilku przeprowadzkach do coraz to większych sklepów w 1927 roku założył w Chester w stanie Pensylwania, swój najlepszy i jak się okazało ostatni sklep, w którym my, wszyscy synowie z wyjątkiem najmłodszego, pomagaliśmy mu po lekcjach w szkole.

Krótko po jego śmierci, we wrześniu 1936 roku, matka sprzedała dom i wysłała mnie wraz z najmłodszym bratem do Pennsylvania Military College, szkoły z internatem w Chester, która miała dwa oddziały – liceum oraz uczelnię wyższą. Ukończyłem ją w czerwcu 1937 roku i następnie rozpocząłem pracę w sklepie prowadzonym przez starszego brata, Leonarda, w Filadelfii. W 1936 roku mój starszy brat, Edward, za pieniądze pożyczone od matki wyjechał do Miami Beach i zaczął trudnić się hotelarstwem, więc w styczniu 1938 roku wyjechałem również na Florydę, by pracować razem z bratem aż do czasu, kiedy to w październiku 1940 roku wstąpiłem do Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych. Zaciągnąłem, gdyż byłem przekonany, że wojna z Niemcami niechybnie nastąpi.

Doświadczenie zdobyte w Pennsylvania Military College okazało się wyjątkowo pomocne, ponieważ już drugiego dnia awansowałem do stopnia kaprala. Byłem odpowiedzialny za 800 nowych rekrutów, których uczyłem prawa wojskowego, jak maszerować, a także byłem odpowiedzialny za ich codzienny rozruch fizyczny. Dwa tygodnie później byliśmy już w drodze do Puerto Rico, gdzie przez trzy miesiące byłem radiotelefonistą oraz celowniczym karabinu maszynowego na bombowcu XB-28 stacjonującym w Borinquen Field.

W styczniu 1942 przeniesiono mnie do Fort Benning w stanie Georgia, gdzie awansowany zostałem na porucznika piechoty. Kiedy ukończyłem szkołę oficerską, w maju 1942 roku, wybrałem 9. Dywizję Piechoty w Fort Bragg w Stanie Karolina Północna.

Ćwiczyliśmy tam desant morski i podczas jednego z takich „próbnych lądowań” przeprowadziliśmy inwazję na Północna Afrykę!!! Wylądowaliśmy 7 listopada 1942 roku w Maroko na plaży w Safi, około 50 mil na południe od Casablanki. Lądowanie było bardzo krótkie, operacja trwała jakieś pięć godzin przy niewielkim oporze i ku wyraźnym zadowoleniu żołnierzy francuskich.. Z Safi zostaliśmy wysłani do Przełęczy Kasserine. Byłem wówczas oficerem łączności 2. batalionu – nadal w randze podporucznika.

   http://liberationtrilogy.com/books/army-at-dawn/maps-from-an-army-at-dawn/
Kliknięcie na mapę przeniesie czytelnika do anglojęzycznej strony "The Liberation Trilogy", gdzie można zapoznać się z jej interaktywną wersją oraz prezentacją na temat przebiegu Operacji Pochodnia, Inwazji i walk aliantów w Afryce Północnej.
Mapa pochodzi z książki Ricka Atkinsona "An Army at Dawn: The War in North Africa, 1942-1943, Volume One of the Liberation Trilogy" (Wydawca: Holt Paperbacks; 2007)
© Rick Atkinson, za zgodą.


Trzy tygodnie później wzięliśmy udział w wielkim ataku na El Guettar w Tunezji , gdzie trafiłem do niewoli. W bitwie wzięły udział 3 amerykańskie dywizje, w tym nasza, a był to atak nocny. Szlak był tak wąski, że musieliśmy iść gęsiego (w odstępach co pięć kroków). Nasze cztery kompanie utworzyły linię długości 4000 jardów. Pierwszy atak Niemców nastąpił podczas przerwy na odpoczynek. Ciężki ogień maszynowy i towarzyszące mu setki błysków rozgorzały nagle w jednej chwili po czym nastąpił atak moździerzy i artylerii. Ciężki ogień zaporowy.

Atak został wstrzymany w jednej chwili. Słońce właśnie wschodziło nad horyzontem. Pułkownik Gershenow* rozkazał mi dowiedzieć się, czemu zostaliśmy zatrzymani. W ciągu pięciu minut dotarłem do czoła zaatakowanej kompanii i zorientowałem się, że znaleźli się naprzeciw baterii artylerii, blisko, przyparci do muru. Kiedy wróciłem żeby o tym zameldować, pułkownika Gershenowa już nie było. Z powodu silnego ostrzału droga powrotu została odcięta. Wyczołgałem się więc z linii ognia dla bezpieczeństwa i pobiegłem do Porucznika Craiga Campbella* (który był aide-de-camp** Generała Einsenhowera). Znaleźliśmy krater po wybuch pocisku artyleryjskiego, w którym ustawiliśmy nasz punkt ognia. Po kilku godzinach jednak zabrakło nam zarówno amunicji jak i wody. Słońce było wysoko, a jęki rannych dookoła nas sprawiły, że zaczęliśmy rozważać możliwość poddania się, co też w końcu zdecydowaliśmy się zrobić.

Przywiązałem chustę do lufy karabinu i pomachałem nad naszymi głowami. Ogień ustał, po czym dwóch Niemców, którzy stali nieopodal ruchem ręki nakazało nam iść w swoim kierunku. Zebraliśmy po drodze kilku naszych rannych i zostaliśmy przejęci jako jeńcy wojenni. Niemcy wówczas zebrali rannych, którymi niezwłocznie zaopiekowali się ich lekarze. Wszyscy zostaliśmy opatrzeni, przeszukani i rozbrojeni – następnie oznaczeni i pod obstawą odprowadzeni do ciężarówek. Wkrótce w liczbie około 150 jeńców podążaliśmy konwojem trzech ciężarówek w nieznanym kierunku.

Zostaliśmy zabrani do miejsca gdzie w spartańskich warunkach, pilnowani przez żandarmów uzbrojonych w karabiny maszynowe, spędziliśmy noc. Każdy z nas zastanawiał się co nastąpi dalej, a niestety najgorsze obawy zawsze dotyczą tego, co nieznane. Było wśród nas, na szczęście, kilku znających język niemiecki, którzy tłumaczyli wszelkie komunikaty. Według uzyskanych informacji zmierzaliśmy do Tunisu – stolicy Tunezji. Rankiem podążyliśmy w dalszą drogę.



* Podpułkownik Louis Gershenow był jeńcem w Oflagu 64.
* Porucznik Craig Campbell był jeńcem w Oflagu 64.

**Aide-de-camp - asystent lub sekretarz osoby wysokiej rangi, zwykle starszych stopniem wojskowych, członków rodziny królewskiej czy głów państwa. Nie należy mylić z adiutantem, który jest administratorem jednostki wojskowej. Aide-de-camp jest przede wszystkim osobistym asystentem.



© Sidney Thal
Edited by Mariusz Winiecki
Special thanks for Cheryl Ellis, for corrections on her father's story

Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki 

12 wrz 2015

Sidney Thal’s Story - Part 1: "At once our attack was brought to a halt"


My father was born in Russia in Smila, near Kiev. My mother was born in Rhode Island. I was born October 3th, 1918, the 4th of five sons, no girl! My father and mother worked together in my fathers’ business for many years until his death from burst appendix in 1936, due to peritonitis. My mother died in 1977 from Leukemia.

My father came to America as a young boy as an indentured worker to a slaughter house operator near Philadelphia. His family in Russia were tanners, so he was an experienced meat cutter. He quickly became expert as a judge of meat-grader of quality! After his marriage in 1906 my father opened small meat markets in South Philadelphia. After a series of moves from small stores to larger stores he finished up in Chester, PA in his last and best store, in 1927, with five sons – 4 helping when not in school.

Immediately after his death in 1936 my mother sold our house and sent me and my youngest brother to Pennsylvania Military College (PMC), a boarding school in Chester, Pa, in September 1936.

The school, PMC, had two divisions in its entire history – college and high school. I graduated in June of 1937 and went to work in a store owned by my older brother, Leonard, in Philadelphia. In 1936, where my oldest brother, Edward, went to Miami Beach, where he went into the hotel business with money borrowed from my mother so, in January 1938 I went to Florida to work with my brother until I enlisted in the army Air force in 1940, in the month of October. I enlisted (volunteered) because I was convinced that war with Germany was certain.

My experience at PMC was incalculably helpful, because I was a corporal by the second day responsible to teach 800 new recruits how to march, military law, and daily physical training.Two weeks later we were on our way to Puerto Rico. Within 3 months I was a radio and machine gunner on B-28-medium bombers stationed at Borinquen field.

In January 1942 I went to Fort Benning, Georgia, to become a lieutenant in The Infantry. When I graduated Officers Candidate School in May of 1942 I chose the 9th Infantry Division at Fort Bragg, North Carolina.

When I joined the 9th Division we were training for amphibians landing and on one of the practice landings we left for the invasion of North Africa!!! We landed November 7th, 1942 in French Morocco.
We landed on a beach south of Safi in French Morocco. Safi is about 50 miles south of Casablanca. Within 5 hours we were in the town of Safi – a quick landing, very little resistance, and welcomed by French troops. From Safi we next were sent to Kasserine Pass to relieve the few forces left. I was now 2nd Battalion Communication Officer – still a 2nd Lieutenant.


http://liberationtrilogy.com/books/army-at-dawn/maps-from-an-army-at-dawn/
Click on the map to move to the Liberation Trilogy website and see the Interactive Map and the Slideshow to learn more about the Operation Torch, Invasion of North Africa.
The map is taken from Rick Atkinson's book "An Army at Dawn: The War in North Africa, 1942-1943, Volume One of the Liberation Trilogy" (Publisher: Holt Paperbacks; 2007)
© Rick Atkinson, with permission.

After a 3 week stay at Kasserine Pass we then went to take part in a huge attack at El Guettar in Tunisia, where I was captured. The battle of El Guettar involved 3 American divisions, including ours; it was a night attack. The path was so narrow that we were forced to walk in single file (five paces apart) so our four companies formed a line 4000 yards long up to the line of departure. The first attack by the Germans occurred during a rest break! Heavy machine gunfire and hundreds of flares exploded at one time followed by mortar and artillery, heavy barrages.

At once our attack was brought to a halt. The sun was just creeping over the horizon and Colonel Gershenow* ordered me to find out why we were being held up. Within a few minutes I reached the attack company and realized that they were facing a battery of artillery fire, point-blank, pinning them down. By the time I returned to report to Colonel Gershenow he had disappeared with his staff. Due to heavy fire, I found myself alone and crawled back trying to keep safe till I ran into Lt. Craig Campbell* (ex aide de camp to General Einsenhower), we found a shell hole and set up a point of fire. After a few hours we were out of ammunition and water. The sun was high and cries of the wounded all around us was critical. We discussed surrendering and finally we decided to do so!

I was carrying a Garand rifle, so I tied my handkerchief to the barrel and waved it overhead. All firing ceased – two Germans some distance away stood up and motioned us to come to their position. We picked up a couple of wounded on the way and wound up as POWs. The Germans then joined our survivors gathering the wounded. They were immediately tended to by the German doctors. We were, all unwounded, searched, and disarmed – tagged and under armed guards marched to trucks. Shortly after we were on our way we numbered about 150 on a 3 trucks convoy.

We were taken to a field where spent the night under a poorly live enclosure, guided by soldiers with machine guns. This first night was spent with all of us wide awake wondering what is going to happen next. The worst fears were the unknown. We had, luckily, a few German speaking American kids who translated everything. According to them we were on our way to the city of Tunis – the capital of Tunisia. In the morning we were on our way.


*Lt. Col. Louis Gershenow and 1st Lt Craig Campbell were also POW of Oflag 64.



© Sidney Thal
Edited by Mariusz Winiecki
Special thanks for Cheryl Ellis, for corrections on her father's story



23 cze 2015

The march of prisoners from the railway station to the camp

The railway station in Szubin, 2014.

Most of the prisoners in the POW camp in Szubin had only one chance to march through our town. It was on the way from the rail station to the gates of the camp, which was located at the opposite end of the town. Read from their personal memories about the last stage of their road to Oflag 64.

 The railway station in Szubin, 2014.

"We stayed for about two hours in this city, which was called Bromberg by the Germans and Bydgoszcz by the Poles. We were still ready to take advantage of chance to escape, but our chances looked slimmer and slimmer as the day wore on. It was full daylight when we left Bromberg, and our destination was very close." [H]

 The railway station in Szubin, 2014.

"Our train started just as far as it had stopped, and of we went. We stopped and started once more before we arrived at our destination, but again we made and express stop and start and there was no chance to jump." [H]

 The railway station in Szubin, 2014.
 
***
The photo below (on the left) shows Szubin and the camp from Walter Hotz’s camera. Walter Hotz was a German art historian and Protestant pastor. During WWII he probably was in Szubin as a German soldier and possibly also was a guard in the camp. After the war, during the years of 1947-1977, he served as the parson of the Evangelical church in Reinheim, Germany. These rare and little-known photographs are courtesy of Bildarchiv Foto Marburg (published with written permission) and were probably taken during the winter of 1941/42 or 1942/43. The photograph on the right shows the same place as seen today (2015). Unfortunately, because of the trees and lush vegetation, as well as changes in the urban structure of Szubin, the author was not able to duplicate the photo as originally intended.
 

  ***

 St Martin's Parish Church in Szubin as seen from the railway station, close to the Water Tower. Behind the inscription of the name Szubin, the lettering of the German town’s name – Altburgund, can still be seen.  From this perspective the arriving prisoners saw the city for the first time.

"In a few minutes we pulled up at a small polish town which the sign said was Altburgund. This again was the German name for it, but we always called it by the Polish name which was Szubin. We saw that we were really far from any industrial area. There were no motor vehicles sitting around the station at all, only a couple of horse-drawn wagons. We were lined up immediately and marched down the street toward our new camp." [H]
 
 
 Szubin market square

"The village of Szubin was surrounded by farmland with a very short growing season. It was indeed a hinterland. With no soldiers around, the surroundings gave one the feeling of an isolated rural atmosphere, far away from war. One of the most striking characteristics of this place was the absence of any motor vehicles. There were even very few horses and wagons, and the only vehicles present, even in moderate numbers, were bicycles. "ormed in a column and ordered forward, we marched for about a mile to a large barbed-wire entanglement which we immediately recognized as a Prison-of-War camp." [F] 

 
On their way to the camp they passed by the Evangelical Church (currently the Parish Church of St. Andrzej Bobola) These photos were taken from the parallel street to the main artery of the city.

 "In the houses along the streets, we caught occasional glimpses of a face peering at us from between curtains, and we watched them with interest, because it seemed to us that they looked as if they afraid of the Goons, and we thought perhaps they were really as downtrodden here as it was rumored they were. We marched along cheerfully, because we wanted to give the impression wherever we went that we were far from discouraged and that we were only temporarily unfortunate." [H]

 The POWs marched along the road named Adolf Hitler Strasse. When they passed the evangelic cemetery on the right side, they saw the house of the camp commandant. In the photo, the inscription “Oflag XXIB Kommandant” can be seen on the plate by the gate. Next they saw the fence of the camp and one of the main buildings inside the compound – known as the White House.

"We walked through the cobblestoned streets of the town to a well paved road which, for some 'strange reason' was named Adolph Hitler Strasse. It was the main east and west thoroughfare, and one which we came to know quite well, because it ran directly in front of our camp. As we walked along this shady, tree-lined street, we were almost upon our new home before we finally saw it. Again there was that now familiar impression of unending barbed wire…" [H]

  The camp as seen from the north-east side (and a bit more north in the right photograph). In the background the second main building inside the barbed wire compound – the camp hospital – can be seen.

 The chapel, which was also inside the compound (St Anna Chapel currently in restoration), and the watch tower. 

The quoted memories are taken from books:
  • [F]: Kriegsgefangener 3074: Prisoner of War Hardcover by Clarence Ferguson, 1983, Thanks to David Ferguson for the book.
  • [H]: Escape to Russia by Howard Randolph Holder, 1994, Thanks to David Durgin for copy of the book.

19 cze 2015

Przemarsz jeńców ze stacji kolejowej do obozu

Stacja kolejowa w Szubinie, 2014.


Większość jeńców obozu jenieckiego w Szubinie miała tylko jedną okazję przemaszerować przez nasze miasteczko – w drodze ze stacji kolejowej do bramy znajdującego się w jego przeciwległym końcu obozu. Prześledźmy na podstawie ich wspomnień, jak wyglądał ten ostatni etap ich drogi do oflagu.


Stacja kolejowa w Szubinie, 2014.

"Zatrzymaliśmy się na jakieś dwie godziny w mieście o niemieckiej nazwie Bromberg, przez Polaków nazywanym Bydgoszcz. Cały czas pozostawaliśmy w gotowości do ucieczki, ale nasze szanse malały z każdą chwilą jaśniejącego poranka. Było już zupełnie jasno, kiedy opuściliśmy Bydgoszcz, a cel naszej podróży był już bardzo bliski." [H]


  Stacja kolejowa w Szubinie, 2014.

"Pociąg ruszył z miejsca z takim samym impetem, jak się zatrzymał, i pojechaliśmy. Zatrzymaliśmy się i ruszyliśmy jeszcze raz, zanim dotarliśmy na miejsce, ale i tym razem ze względu na gwałtowne hamowanie i ostry start nie było możliwości do ucieczki." [H]

Stacja kolejowa w Szubinie, 2014.

***
Poniższe fotografie (po lewej stronie) ukazują Szubin i obóz jeniecki w obiektywie Waltera Hotza (1912-1996), niemieckiego historyka sztuki i księdza ewangelickiego – po wojnie w latach 1947-1977 pełnił posługę proboszcza w kościele ewangelickim w Reinheim, Niemcy, a w czasie wojny najprawdopodobniej przebywał w Szubinie jako żołnierz niemiecki (być może strażnik w obozie). Zdjęcia te (publikowane za zgodą) należą do kolekcji Bildarchiv Foto Marburg, a wykonane zostały najprawdopodobniej zimą 1941/1942 lub 1942/1943. 
Fotografie po prawej pokazują te same miejsca we współczesnej odsłonie (A.D. 2015), przy czym niestety nie zawsze, choćby przez drzewa i wybujałą zieleń oraz zmiany w zagospodarowaniu przestrzeni, było możliwe zgodnie z zamysłem odtworzenie identycznych ujęć.
***


Widok na kościół katolicki z XIV w (p.w. Św Marcina Biskupa) od strony dworca kolejowego nieopodal wieży ciśnień, na której do dnia dzisiejszego spod napisu 'Szubin' przebija niemiecka nazwa miasteczka – 'Altburgund'. Z tej właśnie perspektywy przyjeżdżający jeńcy ujrzeli miasto po raz pierwszy .


"Po kilku minutach zatrzymaliśmy się w małym polskim miasteczku o nazwie – jak głosił napis – Altburgund. To była również niemiecka nazwa, ale my zawsze nazywaliśmy to miasteczko jego polską nazwą – Szubin.
"Wyglądało, że jesteśmy stanowczo z dala od obszaru przemysłowego. Wokół stacji nie było widać żadnych zmotoryzowanych pojazdów, tylko kilka wozów konnych. Niezwłocznie ustawiono nas w szeregu i pomaszerowaliśmy ulicą w kierunku naszego nowego obozu." [H]

Szubiński rynek

"Miejscowość Szubin otoczona była przez ziemie uprawne (...). Była w rzeczy samej z dala od cywilizacji. Bez żołnierzy dookoła, otoczenie sprawiało wrażenie oderwanej od świata sielskiej okolicy, z dala od wojny. Jedną z najbardziej uderzających cech tego miejsca był całkowity brak pojazdów mechanicznych. Było nawet bardzo mało koni i powozów, a jedynymi pojazdami, występującymi również w umiarkowanych ilościach, były rowery. Uformowani w kolumnę, podług rozkazu przemaszerowaliśmy około jednej mili do rozległego zasieku z drutu kolczastego, który natychmiast rozpoznaliśmy jako obóz jeniecki." [F]

Po drodze minęli kościół ewangelicki wybudowany na początku XX w. (obecnie katolicki p.w. Św Andrzeja Boboli). Ujęcia te wykonane są z ulicy równoległej do głównej arterii miasta, ul. Winnicy.


"W oknach domów wzdłuż ulic sporadycznie można było dojrzeć twarze, przelotnie spoglądające na nas spomiędzy zasłon. Przyglądaliśmy  im się z uwagą, ponieważ zdawało się nam, że wyglądają jakby bali się Niemców i pomyśleliśmy sobie, że byli faktycznie tak prześladowani, jak mówiono, że byli. Maszerowaliśmy ochoczo chcąc wywołać wrażenie bycia dalekim od zrażenia naszym obecnym położeniem, jakby tylko chwilowo niepomyślnym." [H]



Maszerujący do celu jeńcy dalej przemierzali Adolf Hitler Strasse (dzisiaj ul. Kcyńska). Za cmentarzem ewangelickim (obecnie park) ich oczom ukazał się budynek komendantury obozu. Na zdjęciu (po lewej stronie) na tabliczce przy furtce widnieje napis: Oflag XXIB Kommandant. Dalej ujrzeli ogrodzenie obozu i jeden z głównych w jego obrębie biały budynek - znany jako Biały Dom.


"Minąwszy brukowane ulice miasta, szliśmy dalej wybrukowaną drogą, którą z jakichś "dziwnych powodów" nazwano Adolf Hitler Strasse. Była to główna wschodnia-zachodnia arteria, znana nam później nazbyt dobrze, bo przebiegająca bezpośrednio przed naszym nowym obozem. Gdy tak szliśmy tą zacienioną, wysadzaną drzewami, ulicą, w końcu dostrzegliśmy nasz nowy dom i znów doznaliśmy tego samego, już bardzo dobrze znajomego nam wrażenia, jakby niekończącego się drutu kolczastego…" [H]



Zdjęcia obozu od strony północno-wschodniej (prawe bardziej od strony północnej). Na dalszym planie widoczny jest drugi z głównych budynków w obrębie ogrodzenia z kolczatego drutu - obozowy szpital.


Zdjęcia przedstawiają kaplicę, również znajdującą się również w obrębie obozu (aktualnie kościółek katolicki p.w. Św Anny w renowacji).

Cytowane wspomnienia pochodzą z książek:

  • [F]: Kriegsgefangener 3074: Prisoner of War Hardcover by Clarence Ferguson, 1983; serdecznie podziękowania dla Davida Fergusona za egzemplarz książki.   
  • [H]: Escape to Russia by Howard Randolph Holder, 1994, serdecznie podziękowania dla Davida Durgina za kopię książki.
    Copyright
    © for the Polish translation by Mariusz Winiecki

© Mariusz Winiecki
Copyright © for the Polish translation by Mariusz Winiecki

15 cze 2015

Roads to Oflag 64 – Arrival of the first groups of American POWs at Szubin

Kriegies of Oflag 64 at rail station, l-r: Pfc. Max Druckman, Few, Sgt. Charles Greenhill (British), Capt. Newton Lantron, Long, McMurdo, Capt. Tony Lumpkin.

Commentary on photograph: Although the caption for this photo found on The Oflag 64 Association homepage states, Unknown date/location”, one might assume with some probability, that it was taken at the rail station in Szubin. All of the identified POWs were captured in February and March of 1943, except for Lantron who was captured in September 1943. The clearly visible snow suggests that this photo was not taken when the first American POWs arrived at Altburgund. 

On the list of US POWs of Oflag 64, there can be found three persons with the family name ‘Long’. Two of them were captured in February 1943.  Pfc. Vernon Long was captured on 17 February 1943 and 2nd Lt. Gerald Long was captured on 18 February 1943. I’m wondering which one is in the photograph, but I'm not able to recognize the rank by the uniform.  If anyone is able to recognize the rank of the 5th POW, from l-r in line, denoted as 'Long', please email me whether he is a Pfc. or 2nd Lt. 

I suppose this photo was in fact taken at the Szubin rail station, probably when most of the group camp photos were taken in mid-January 1944, and my hypothesis is that it might have been taken during the POWs duty at the rail station.  The photo shows those who used to pick up the Red Cross parcels, which were taken every week to Szubin by trains. They worked unloading parcels from carriages.  I have received a comment from former Oflag 64 POW, Wilbur Sharpe, confirming that: “Tony Lumpkin was in charge of the distribution of all packages not just the Red Cross parcels, which were distributed every ten days or so with some not quite as often”. This makes my hypothesis more probable. Another former POW of Oflag 64, Ted Roggen, has replied that the only POW he is familiar with is Newton Lantron, and he cannot identify the others. He also has stated that he remembers that Amon Carter, Jr. was in charge of all the Red Cross parcels that came to their camp – I suppose he maybe took it in turns with Lumpkin.


* * *

The history of Oflag 64, the prisoner of war camp in Altburgund, begins in June 1943. Those officers and noncommissioned officers who arrived in Szubin first, were captured between  November 1942 and March 1943 in the North African Campaign. Before those captured reached Szubin, they were held in various other camps. Most of them at first went to P.G. 66, the transit camp in Capua. Some captured during April-May passed through P.G. 21 in Chieti (P.G. - Prigione di Guerra - Prison of War). Then, the bigger group was transferred to Stalag VII A in Moosburg, and after few days to Oflag IXA/Z in Rotenburg an der Fulda. The smaller group was transferred to Oflag VII B in Eichstätt.

On June 4th, the group of 39 officers from Eichstätt was ordered to move to Szubin. On the road via Poznan four of them escaped. The book “Dzieje Szubina” (The history of Szubin) mentions this fact, but with the added comment that because of lack of more information and proper documentation it is unknown if this escape was successful. Today, after more than 70 years, we can learn more and I hope to share the story from one of those escapists.

The first group of 35 officers arrived at the camp in Szubin on June 6th, 1943. We can read about it from the War Log of Lt. Col. John Waters.

  • June 2 – ordered to move,
  • June 3 – move postponed til tomorrow,
  • June 4 – move started – 3rd class wagons,
  • June 6 – move to ALTBURGUND completed,

    I suppose that the additional notes "4 out" and "66 out" might be the number of those four US POWs who escaped from the train in Poznan, and respectively, those noncoms who were left behind in Eichstätt.
The group in Rotenburg was notified on May 26th that they would be going on to a US camp. On the 28th they were told that the camp was in Silesia. In fact, according to German documents, between March and May 1943 the Oflag 64 camp was opened in Wahlstatt (Legnickie Pole), a village located south of Liegnitz (Legnica), at Lower Silesia. On June 3rd they were issued clean clothing, on the 6th they prepared to move. On June 7th they were in 3rd class coaches on the way to Szubin via Berlin and Bromberg (Bydgoszcz). After two days, on June 9th, they arrived at Szubin.

Both groups, in fact, arrived at Oflag XXI B. According to the War Log of 2nd Lt. John Glendinning, they were on their way to Oflag XXI B. In his War Log dated June 9, the entry stating "Oflag 21 B" can be found. In his written memories, 1st Lt. O. L. “Brad” Bradford recorded: "Originally Oflag XXI B, it was renamed Oflag 64 shortly after we arrived (...). We found 35 officers there who had preceded us about three days, having come by way from Eichstätt". The War Log of Lt. Col. John Waters has a stamp of Oflag XXI B on Szubin.


All entries referring to POWs’ stories before reaching Oflag 64 in Szubin will be tagged as: "Roads to Oflag 64".

References:
  • Clarence R. Meltesen, Roads to Liberation from Oflag 64, 3rd edition, 2004, ISBN 0-9627005-3-3 (Thanks to Meltesen Family for sharing this book).
  • Dzieje Szubina, Marian Biskup (ed.), Warsaw-Poznań, 1974.
  • Moosburg Online, POW Camps: List: http://www.moosburg.org/info/stalag/laglist.htm.
  • Transcript of War Log of 2nd Lt. John H. Glendinning available in “Sketches of lives of Kriegies in Oflag 64” (Thanks to Cynthia Burgess).
  • Memories of 1st Lt. O. L. “Brad” Bradford: "The Way It Was" available at www.oflag64.us.
  • Scan of Lt. Col. John Waters War Log (Thanks to James Sudmeier).

©Mariusz Winiecki

6 cze 2015

Roads to Oflag 64 - w drodze do Oflagu 64

Jeńcy Oflagu 64 na stacji kolejowej (od lewej):
starszy szeregowy Max Druckman, jeniec opisany jako Few, sierżant Charles Greenhill (żołnierz brytyjski), kapitan Newton Lantron , jeniec opisany jako Long, jeniec opisany jako McMurdo, kapitan Tony Lumpkin.

Komentarz do zdjęcia: chociaż zdjęcie to na stronie internetowej The Oflag 64 Association jest opisane „data i miejsce nieznane”, można by przypuszczać z pewnym prawdopodobieństwem, że zostało wykonane na stacji kolejowej w Szubinie; wszyscy zidentyfikowani jeńcy zostali wzięci do niewoli w lutym i marcu 1943 roku, z wyjątkiem Lantrona (wrzesień 1943), co wyklucza, że fotografia mogła być wykonana w dniach przyjazdu pierwszych dwóch transportów amerykańskich jeńców do Szubina; na liście imiennej wszystkich jeńców Oflagu 64 znajdują się trzy osoby o nazwisku Long, z czego dwóch, starszy szeregowy Vernon Long i podporucznik Gerald Long, byli w niewoli od lutego 1943 i również przebywali w Oflagu 64. Być może jednak zdjęcie zostało wykonane w Szubinie (wiele wskazuje na to, że zrobione było zimą) podczas np.: odbioru przez jeńców paczek żywnościowych z Czerwonego Krzyża na stacji kolejowej. Hipoteza dotycząca możliwej okoliczności wykonania tego zdjęcia podczas odbioru przez jeńców paczek na stacji kolejowej (w Szubinie) została uprawdopodobniona - Wilbur Sharpe, były jeniec Oflagu 64, zapytany o to zdjęcie w korespondencji mailowej wspomniał, że kapitan Tony Lumpkin był w obozie odpowiedzialny za dystrybucję wszystkich paczek, nie tylko tych z Czerwonego Krzyża.


* * *

Historia obozu jenieckiego Oflag 64 w Altburgund zaczyna się w czerwcu 1943 roku, choć Ci oficerowie i podoficerowie, którzy przyjechali tu jako pierwsi, dostali się do niewoli w okresie od listopada 1942 roku do marca 1943 roku w wyniku działań wojennych w Afryce. Zanim jeńcy amerykańscy kampanii północnoafrykańskiej w liczbie ok. 270 dotarli do Szubina, przebywali w innych obozach. Większość z nich trafiła najpierw do obozu P.G. 66 w Capui, który był obozem tranzytowym, lub w późniejszym okresie do obozu P.G. 21 w Chieti (P.G. - Prigione di Guerra - Prison of War - obóz jeniecki). Następnie większa grupa została przetransportowana do Stalagu VII A w Moosburgu i po kilku dniach do Oflagu IXA/Z w Rotemburgu nad Fuldą, zaś mniejsza grupa do Oflagu VII B w Eichstätt.

Grupa 39 oficerów z Eichstätt w dniu 4 czerwca 1943 roku została skierowana do Szubina. W czasie transportu kolejowego przez Poznań w nocy 5/6 czerwca zbiegło z pociągu 4 oficerów. W książce "Dzieje Szubina" wzmiankowano o tym zdarzeniu z komentarzem: "Z braku odpowiedniej dokumentacji trudno dzisiaj stwierdzić czy ucieczki te zakończyły się powodzeniem". Dziś, po ponad 70 latach, historia tej ucieczki ujrzała więcej światła dziennego, a poznamy ją wkrótce bezpośrednio od jednego z jej uczestników.

Pierwsza grupa 35 oficerów dotarła do obozu w Szubinie w dniu 6 czerwca 1943 roku, co potwierdza zapis z pamiętnika podpułkownika Johna Watersa:




  • 2 czerwca - rozkaz przeniesienia,
  • 3 czerwca - przeniesienie przełożono na jutro,
  • 4 czerwca - przeniesienie rozpoczęto wagonem trzeciej klasy,
  • 6 czerwca - przeniesienie do Alburgund zakończone,
    przypuszczam, że widoczne dodatkowe dopiski "4 out" oraz (wyżej) "66 out" mogły oznaczać liczbę jeńców amerykańskich, którzy zbiegli z transportu kolejowego w Poznaniu oraz (wyżej) tych (prawdopodobnie podoficerów), którzy zostali w Eichstätt)

Grupa z Rotemburga w dniu 26 maja została poinformowana, że zostaną przeniesieni do docelowego obozu przeznaczonego wyłącznie dla Amerykanów. 28 maja doprecyzowano, że obóz znajduje się na Śląsku. Faktycznie wg dokumentacji niemieckiej w okresie od marca do maja 1943 nowopowołany Oflag 64 znajdował się w Wahlstatt (Legnickie Pole, wieś na południe od Legnicy, Dolny Śląsk). W dniu 3 czerwca przydzielono im czystą odzież, a 6 czerwca wydano rozkaz przygotowania się do transportu. W dniu 7 czerwca byli już drodze przez Berlin i Bydgoszcz do nowego miejsca, by po dwóch dniach, w dniu 9 czerwca 1943 roku, dotrzeć do Szubina.

Jak wynika z zapisków tychże jeńców, zmierzali oni do Oflagu XXI B. W dzienniku wojennym jednego z jeńców,  podporucznika Johna Glendinninga, znajduje się zapis z datą 9 czerwca: "Oflag 21 B". We wspomnieniach porucznika Otisa Bradforda jest zapis: "Pierwotna nazwa XXI B została zmieniona na Oflag 64 krótko po naszym przybyciu (...). Zastaliśmy tam 35 oficerów, którzy przybyli 3 dni przed nami z Eichstätt", a dziennik podpułkownika Johna Watersa opatrzony jest jeszcze pieczęcią Oflagu XXI B.




Wszystkie wpisy dokumentujące historię jeńców Oflagu 64 przed ich przybyciem do Szubina opatrzone zostaną etykietą: "Roads to Oflag 64".


Źródła:

  • Clarence R. Meltesen, Roads to Liberation from Oflag 64, Wyd. Clarence R Meltesen, 3rd edition, 2004, ISBN 0-9627005-3-3 (podziękowania dla rodziny Meltesen za egzemplarz książki).
  • Dzieje Szubina, praca zbiorowa pod redakcją Mariana Biskupa, Wyd. Warszawa-Poznań, 1974.
  • Moosburg Online, POW Camps: List: http://www.moosburg.org/info/stalag/laglist.html.
  • Transkrypcja dziennika wojennego podporucznika Johna H Glendinninga zamieszczona w Sketches of lives of Kriegies in Oflag 64" - wspomnieniach jeńców Oflagu 64 skompletowanych na dorocznym spotkaniu w Newport, Rhode Island, 1997 (podziękowania za udostępnienie dla Cynthii Burgess ).
  • Wspomnienia porucznika Otisa Bradforda: "The Way It Was" dostępne na stronie internetowej The Oflag 64 Association. 
  • Skan dziennika wojennego podpułkownika John Waters (podziękowania za udostępnienie dla Jamesa Sudmeiera).




©Mariusz Winiecki